Featured

12/recent

100 lat temu | Dawne schroniska w Sudetach

Gdy dziś wspominamy, jak kiedyś chodziliśmy po górach, to zazwyczaj zauważamy, że było jakoś tak mniej tłoczno i gwarno. Łatwiej było o wolne miejsce przy stole w schronisku, a turystyka górska wydawała się mniej masowa.

Gdy jednak cofniemy się jeszcze dalej, to okaże się że przed stuleciem dolnośląskie góry wcale takie ciche i spokojne nie były. Dzięki świetnie funkcjonującej kolei docierającej do najbardziej odległych górskich kurortów na niemieckim Śląsku turystyka górska wcale nie była sportem dla wybranych. To już nie rozrywka tylko dla arystokracji, w góry wybierała się niemiecka klasa średnia, urzędnicy i studenci.


Dokładnie 110 lat temu, w 1908 roku Dolny Śląsk odwiedził jeden z najbardziej znanych polskich krajoznawców, Mieczysław Orłowicz. Dwutygodniowa wycieczka wiodła z Wrocławia do Drezna, a z powrotem przez Łużyce i Karkonosze.

Jedną grupę uczestników zabrałem na trzydniową wycieczkę po Karkonoszach. W ciągu trzech dni przeszliśmy cały grzbiet od Śnieżki, zaczynając od Karpacza aż po Wysoki Kamień w Górach Izerskich, do Szklarskiej Poręby. Wędrując przez trzy dni napatrzyliśmy się do woli najbardziej filisterskiej turystyce, jaką sobie w górach w ogóle można wyobrazić. Przeszliśmy Karkonosze od wschodu do zachodu całym szlakiem, oglądaliśmy zbocza tak osobliwe, że dzisiaj, znając Karkonosze w ich obecnym wyglądzie i widząc publiczność jaka obecnie tam wędruje, nie wyobrażamy sobie, że te same góry mogły być koncentracją tak strasznego i hałaśliwego filisterstwa niemieckiego. W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale.

Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. Niewielki procent Niemców, chcąc zaimponować przechodniom mijanym na trasie wycieczki swoim obyciem z górami, wdziewała na niedzielne wędrówki kostiumy tyrolskie, które tygodniami chowane były w szafie jako przeznaczone do wdziewania na bale kostiumowe czy masowe w Berlinie lub Dreźnie. 

Ludzie szanujący obyczaje górali niemieckich w sposobie noszenia tego ubioru, który zostawiał dużą lukę między krótkimi skórzanymi spodenkami a wełnianymi zielonymi sztylpami na łydkach, odsłaniając nagie kolana, szanowali te nagie kolana. Część wszakże nie mogła znieść nagości prawdopodobnie ze względu na ochronę kolan, które lada wiaterek narażał na reumatyzm, i wciągała na kolana kalesony, stające się z każdą godziną bardziej brudne, tak że pod koniec dnia robiły wrażenie bardzo nieestetyczne. Owe brudne kalesony stały się niemal symbolem berlińczyka w tyrolskim kostiumie w Karkonoszach.

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. Wszystkie były w rękach Niemców, schronisk czeskich w owym czasie na grzbiecie Karkonoszy nie zauważyłem wcale. O ile tu nawet gospodarował ktoś pochodzący z austriackiej strony, to był Niemcem sudeckim, przewyższającym jeszcze w szowinizmie antyczeskim Niemców z Prus czy ze Śląska niemieckiego.

Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” – jeśli działo się to po stronie austriackiej – i odwrotnie: „Jeszcze 10 minut do najbliższego piwa bawarskiego”, o ile chodziło o stronę niemiecką.

Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, czy dla odmiany Loewen Brauhaus. I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy.

Wszyscy na ogół turyści śpiewali po drodze jak zarzynane bawoły i wśród tego ryku pijaków i chwiejnych korpusów wędrowało się całymi godzinami. W dodatku co 100 metrów stała katarynka, przeważnie własność Niemców czeskich, i wygrywała dla dodania ducha maszerującym turystom wiedeńskie walce i marsze, a białe myszy lub zielone papugi ciągnęły wśród wielkiego wrzasku losy zakochanym parom.

Tak oto wyglądała turystyka w Sudetach, specjalnie w Karkonoszach w 1908 roku. Nie mogła zaimponować autentycznym turystom z Tatr czy Karpat Wschodnich, jak nasza garstka członków AKT, toteż dr Jakubowski krzyczał na mnie wielkim głosem Mietku, po co żeś nas między tych filistrów przyprowadził, uciekajmy stąd jak najprędzej, bo tu można ogłuchnąć od pijackiego wrzasku.

I tak wytrzymaliśmy jakoś 3 dni, zwiedzając wodospady funkcjonujące tylko za opłatą 20 fenigów zarówno wysoko przy źródłach Łaby, jak i nisko tuż pod Karpaczem czy Szklarską Porębą. W tych miejscowościach oglądaliśmy wcale dowcipne rzeźby, którymi ozdobione były wszystkie ławki i chodniki. Ale to nie wzbudzało w owym czasie naszego entuzjazmu Karkonoszami czy innymi grupami Sudetów. Powiedzieliśmy sobie, że te góry nie wytrzymują porównania z naszymi Karpatami Wschodnimi, i to nie z Gorganami czy Czarnohorą ale nawet z Bieszczadami.


Schlingelbaude (nieistniejące schronisko im. Bronka Czecha w Karkonoszach)


Neue Schlesische Baude (obecnie schronisko Na Hali Szrenickiej)


Maria Schnee Baude (obecnie schronisko Na Iglicznej)


Iserkammbaude (nieistniejące schronisko na Polanie Izerskiej)


Passhohe Baude (obecne schronisko Jagodna)


Prinz Heinrich Baude (nieistniejące schronisko położone na krawędzi Kotła Wielkiego Stawy


Stille Liebe Baude (obecnie schronisko Pod Muflonem)


Schweizerhaus (obecnie schronisko Na Szczelińcu)


Glatzer Schneeberg Schweizerei (obecnie schronisko Na Śnieżniku)


Rosenbaude (obecnie nieistniejące schronisko w Kaczorowie)


Teichbaude (obecnie schronisko Samotnia)


Hampelbaude (obecnie schronisko Strzecha Akademicka)


Reiftragerbaude (obecnie schronisko na Szrenicy)

1 komentarz:

  1. Artykuł wart polecenia szczególnie wrocławskim mikolom, którzy uważają, że pociągi z Berlina czy Drezna do Karpacza, Szklarskiej Poręby czy Jeleniej Góry są niepotrzebne, bo Niemcy chcą jeździć tylko do Wrocławia. Czesi jakoś uważają inaczej, np. z Drezna do Liberca codziennie 5 par bezpośrednich pociągów, nie wspominając o licznych połączeniach z dogodną przesiadką w Zittau. Niemcy nadal jeżdżą w Sudety, ale czeskie, bo tam mają pociągi, a Polakom pozostają tylko wspomnienia i marudzenie, że mogło by być lepiej a jest jak jest.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.