Featured

12/recent

100 lat temu | Kawiarnie zdrojowe

21.5.20
Gdy ucichły wystrzały I wojny światowej uzdrowiska zaczęły się zmieniać równie szybko jak otaczający je świat. Coraz mniej było w nich strojnych dam i eleganckich panów, a coraz więcej ludzi, dla których pobyt w uzdrowisku był medyczną potrzebą, a nie towarzyską rozrywką. 

Infrastruktura uzdrowiskowa powstała na początku XIX i XX wieku dla europejskich elit, które odwiedzały dolnośląskiego uzdrowiska, po I wojnie światowej zaczęła służyć także klasie średniej. Romantyczne zdroje z belle epoque zaczęły się stawać nowoczesnymi i eleganckim kurortami. Przyjeżdżano tu już nie tylko dla odpoczynku, ale także coraz częściej w celach medycznych. Pobyty stawały się krótsze, ale za to bardziej intensywne.

W XIX wieku wyjeżdżano do uzdrowisk często na cały sezon, a przynajmniej na parę miesięcy. Teraz pobyty liczono już tygodniach. Jeszcze większą zmianę przeżyły dolnośląskie uzdrowiska po II wojnie światowej. I nie chodzi tu tylko o fakt, że spod niemieckiego zarządu trafiły w polskie ręce. Zmieniła się przede wszystkim grupa, jaka odwiedzała zdroje.

Teraz byli to zwykli robotnicy i urzędnicy, kierowani tu przez ubezpieczalnie. Nie spędzali oni już całych dni w uzdrowiskowych restauracjach, które były zbyt drogie na ich kieszeń. Dużo lepiej miały miały się kawiarnie i bary, gdzie wpadano na małą przerwę między zaplanowanymi zabiegami i stołówkowym żywieniem. Podobnie jest i dziś, w większości zdrojów dużo łatwiej jest znaleźć miłą i sympatyczną kawiarnię, niż restaurację z dobrym jedzeniem. Wszak nadal wszystkie uzdrowiska oferują pobyty prawie wyłącznie w zestawie z 3 pełnymi posiłkami.

I dziś, i kiedyś kawiarnie w uzdrowiskach były różne. Jedne mniejsze, inne większe, jedne stawały się znane i przyciągały kuracjuszy przez lata, inne padały po jednym sezonie zmieniając właściciela lub zamykając się na stałe. Po 1945 roku w większości dawnych niemieckich lokali otworzyły się polskie kawiarnie. Prawie zawsze była wśród nich ta jedna i... najważniejsza, zlokalizowana w pijalni czy głównym domu zdrojowym, nazywana - jakże by inaczej - po prostu "Zdrojową".





Obecna kawiarnia Zdrojowa w Polanicy-Zdroju mieści się w budynku Pijalni Wód, w jej południowo-zachodniej części, połączonej z budynkiem Teatru Zdrojowego. To sąsiedztwo nie pozostało bez wpływu na ten lokal, nosił on bowiem w dawnych czasach nazwę Theatercafe.

Kawiarnia rozpoczęła swoją działalność pod nazwą Helene w 1911 roku. Pierwsza nazwa nawiązywała bezpośrednio do miejsca, w którym ją ulokowano. Był to powstały w ciągu niecałych 2 lat kompleks złożony, poza wspomnianą kawiarnią mogącą pomieścić nawet sto osób, z pijalni wód, zamkniętej hali spacerowej oraz części noclegowej (60 miejsc) i kuracyjnej (36 kabin kąpielowych). Aby go wybudować trzeba było rozebrać jedną willę i stary pawilon zdrojowy.

Ale wtedy nikt nie przejmował się kosztami, był to złoty okres polanickiego zdroju, który zapoczątkowało przejęcie uzdrowiska w 1904 roku przez wrocławską spółkę pod przewodnictwem radcy handlowego Georga Haase, znanego właściciela kilku browarów. Już w 2 lata przejęciu uruchomiony został najnowocześniejszy wtedy na Śląsku luksusowy dom zdrojowy (dzisiejsza Wielka Pieniawa), a po kolejnych trzech - przystąpiono do dalszej rozbudowy uzdrowiskowej infrastruktury tworząc wspomniany kompleks, który otrzymał nazwę Helenenbad, czyli Łazieniek Heleny.

Łazienki Heleny to budynek o klasycystycznych i secesyjnych cechach, który do dziś zachował swój pierwotny charakter. Jednak poza kawiarnią i restauracją Zdrojowa dzisiaj znalazło się w nim jeszcze miejsce na 4 inne lokale, kilka sklepików, salę konferencyjną oraz biura zarządu uzdrowiska. Nie zmieniło się jednak to, że z letniego ogródka Zdrojowej możemy jednak nadal podziwiać centrum polanickiego parku zdrojowego, a wewnątrz zobaczyć stworzone przed ponad stu laty z wielkim rozmachem sale. Prawie codziennie odbywają się tutaj dancingi, jeśli więc chcemy coś zjeść, a kuchnia - w tzw. domowym stylu - jest tego jak najbardziej warta, to koniecznie trzeba to zrobić wcześniej.


Restauracja Kawiarnia Zdrojowa
Polanica-Zdrój: Parkowa 2 (przy wejściu do parku, obok Teatru Zdrojowego)
codziennie od 10 do 22
100-120 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: lipiec 2018







Podobnie jak w Polanicy, w Cieplicach (kiedyś samodzielne miasto, obecnie dzielnica Jeleniej Góry) kawiarnia Zdrojowa również sąsiaduje z Teatrem Zdrojowym. Jednak kawiarnia, określana tu mianem Pałacu Zdrojowego i Teatr Zdrojowy, które dziś tworzą jeden kompleks, powstały w różnych okresach.

Klasycystyczny Pałac Zdrojowy, nawiązujący do willi z czasów antycznych wybudowano na sam koniec XVIII wieku według projektu wrocławskiego architekta Carla Gottfrieda Geisslera. Jest tak ogromny, że znalazło się w nim miejsce na salę koncertową, czytelnię, salon gier towarzyskich, palarnię cygar i restaurację. Do dziś funkcjonuje tam tylko ta ostatnia, jako kawiarnia Zdrojowa otwierana głównie na wieczorne dancingi.

Nieraz można jednak dostać się tam chwilę wcześniej i wypić zimne piwo lub gorącą kawę. My szczególnie polecamy to drugie, gdyż podawana tam kawa - mielona, zalana wrzątkiem, w szklance z kostkami cukru obok - zapewne wielu z Was przypomni sobie wtedy lata młodości w Polsce Ludowej.

Stojący obok Teatr Zdrojowy powstał dopiero ponad 30 lat później. Projekt zamówiła rodzina Schaffgotschów u legnickiego architekta Alberta Tollberga, który stworzył budynek wzorując się na berlińskim projekcie Schinkla z wystrojem w stylu empire. Teatr początkowo służył tylko rodzinie i zaproszonym gościom, dopiero w połowie XIX wieku został udostępniony szerszej publiczności. Potem jego losy były różne. Na szczęście w ostatnich latach przywrócono mu dawną świetność. Teatr posiada zachowany historyczny wystrój ciesielski widowni w postaci balkonów, lóż, kolumn, pilastrów, balustrad oraz drewnianego sufitu, na którym znajdują się zabytkowe malowidła. Dziś działa tu jeleniogórski Teatr Animacji.



Kawiarnia Zdrojowa
Jelenia Góra Cieplice: Park Zdrojowy
codziennie oprócz poniedziałków od 14 do 22
100-120 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: styczeń 2019







Kawiarnie zdrojowe powstały oczywiście nie tylko w największych zdrojach, ale także te mniejsze często mogły i często nadal mogą pochwalić się ciekawymi obiektami. W Długopolu-Zdroju, które jest jednym z najmniejszych uzdrowisk w Polsce, panuje zazwyczaj spokój i niczym nie zakłócona harmonia. To idealne miejsce na długie i spokojne spacery, a kuracyjne przechadzki od zawsze znajdują przecież zakończenie w różnych uzdrowiskowych lokalach gastronomicznych.

Obecnie w samym Długopolu-Zdroju można udać się przede wszystkim na kawę. Kawiarnia działa w Domu Zdrojowym (chociaż obsługuje głównie imprezy i nieraz jest nieczynna nawet w oficjalnych godzinach otwarcia), w sanatorium Dąbrówka, dawnej kolumnadzie spacerowej i... dawnym kościele ewangelickim.

Dzisiejsza kawiarnia Zdrojowa w Długopolu zachowała wystrój z drugiej połowy XX wieku i organizuje większość imprez uzdrowiskowych, jak chociażby wieczorki zapoznawcze, dancingi i koncerty. Kawiarnia mieści się w dawnej kolumnadzie spacerowej wybudowanej w samym sercu parku zdrojowego.

Pierwszy budynek powstał w tym miejscu na początku XIX wieku i był wykorzystywany do spacerów przy brzydkiej pogodzie. Dla wygody i przyjemności kuracjuszy wewnątrz hali, dokładnie w miejscu dzisiejszej kawiarni, działa wtedy cukiernia. Można było w niej nabyć między innymi kruche wafelki o charakterystycznym okrągłym kształcie, które pojawiły się w połowie XIX w Europie i od razu zostały ulubionym deserem gości długopolskiego kurortu. Dobrze komponowały się z aromatyczną kawą, a nawet z wyrazistym smakiem leczniczych ziół.

Pierwszy budynek hali spacerowej nie przetrwał jednak do dzisiejszych czasów. Obecny drewniany budynek krytej hali spacerowej wzniesiono około 1915 roku. Jego front całkowicie przeszklono. W części północnej, po lewej od wejścia, ulokowano kawiarnię (na miejscu dawnej cukierni), a w części południowej (po prawej od wejścia), podobnie jak wcześniej, działalność rozpoczęła pijalnia wód mineralnych oraz biblioteka z czytelnią. Ten układ funkcjonalny pomieszczeń pozostał do dziś, gdyż zabudowania uzdrowiska nie ucierpiały w trakcie II wojny światowej, ani w późniejszym okresie.


Kawiarnia Zdrojowa
Długopole-Zdrój: Wolna 2 (Park Zdrojowy)
codziennie od 18 do 22
50-60 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: luty 2018



c.d.n.

Czy warto oglądać reklamy? | La Fileja | Wrocław

14.5.20
Jak trafiamy do miejsc, które opisujemy? Oczywiście nieraz przyjeżdżamy na zaproszenie właściciela, zdarzają się polecenia od Czytelników tego bloga, ale najczęściej... trafiamy przypadkiem. 

Blog Smaki Dolnego Śląska powstaje przy okazji przygotowywania materiałów do kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. A każdy taki dzień przygotowań, to przynajmniej obiad (a nieraz i śniadanie, choć to zazwyczaj jest w miejscu noclegu) i przynajmniej raz (a czasami i dwa razy) coś słodkiego. A takich dni na jeden numer przypada nierzadko i kilkanaście!

Oczywiście nieraz (no, może trochę częściej niż nieraz) wybieramy miejsca, które już znamy, które przypadły nam do gustu, w których wiadomo, że po raz kolejny będzie pysznie. Od czasu do czasu jednak zwróci naszą uwagę coś nowego. 

Zaczyna się zazwyczaj od ciekawego szyldu, potem szybkie studiowanie menu (bardzo popieramy wywieszanie menu przy drzwiach, bardzo to lubimy!) albo rzut oka na witrynkę (to przede wszystkim przy deserach bardzo skutecznie zachęca). Jeśli wszystko wygląda fajnie, następny krok to spojrzenie, jak tam jest w środku, czy miło, przytulnie, czy są jakieś intrygujące zapachy, czy jest... czysto(!). I co tam widać na talerzach innych gości. A gdy wszystko wygląda i pachnie dobrze, można już wygodnie usiąść i... zamawiać!

Ostatnie dwa miesiące nie pozwalają nam jednak w taki sposób dokonywać wyboru! Nie można zajrzeć, nie można podejrzeć ukradkiem, co jedzą inni goście. Trzeba albo skorzystać z miejsc sprawdzonych, albo zaufać reklamom. I parę razy ostatnio reklamom zaufaliśmy! I wcale nie było źle. 

Jedno z takich "miejsc", które dziś opisujemy, a które poznaliśmy dzięki reklamie, była manufaktura ravioli i makaronów La Fileja, która twierdziła, że może uszczęśliwić każdego miłośnika glutenu. Bardzo odważne! Zrobiliśmy jeszcze mały rzut oka na komentarze w sieci i... zdecydowaliśmy się powiedzieć "sprawdzam". 

Co zamówiliśmy? Na początek zestaw degustacyjny złożony z pięciu rodzajów ravioli: Oliwka Migdał, Wegańskie (z pieczoną marchwią, cebulą i chilli), Twarożek z ziołami, Suszony pomidor z kaparami i ricottą oraz Szpinakowe (również z ricottą). Prezentowały się bardzo kolorowo i przede wszystkim smakowały wyśmienicie. Każdy inaczej i aż trudno było wybrać najlepsze, choć na delikatne prowadzenie wysuwa to z pieczoną marchwią i chili. I - co dla tych, co bardziej wolą próbować niż gotować - wystarczy tylko wrzucić do wrzątku.

Na drugi dzień wybraliśmy kibiny mazurskie, czyli pierogi z kruchego ciasta z nadzieniem z białej kiełbasy. One niestety wymagały pewnej pracy, bo trzeba je najpierw posmarować roztrzepanym żółtkiem, a potem na niecałe pół godziny wstawić do piekarnika. Są jednak tego warte. Smaczne i bardzo sycące. Porcja na trzeci dzień czeka jeszcze na spróbowanie.



A tak wyglądało na reklamie:


Schlesisches Himmelreich / Śląskie niebo

7.5.20
Często opiewane, często gotowane i ponad wszelką miarę lubiane: to jest śląskie niebo! Każdy Ślązak zna tę potrawę, która składa się z suszonych owoców, mięsa i klusek. 

Tak autorka niemieckiego bestsellera kulinarnego o kuchni śląskiej, Marie-Luise Neumann, opisuje Schlesisches Himmelreich, czyli po polsku "śląskie niebo": potrawę ostatnio przez wielu celebrytów kulinarnych wspominaną i wychwalaną jako prawdziwy smak dawnego Dolnego Śląska. Ponoć przepis na to danie jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, z matki na córkę, z córki na wnuczkę... I to tylko dlatego nadal możemy cieszyć się jego niebiańskim smakiem.

Schlesisches Himmelreich / fot. Rob1977
Długo zastanawialiśmy się od czego zacząć ten nowy rok na naszym blogu. Schlesisches Himmelreich jest na pewno jedną z bardziej charakterystycznych dolnośląskich potraw. Ale czy tą najbardziej dolnośląską? Może swoją popularność zawdzięcza nie znakomitemu smakowi, ale przede wszystkim chwytliwej nazwie?

Niemniej jednak danie to znalazło swoje miejsce na aktualnej ministerialnej liście produktów tradycyjnych województwa dolnośląskiego. Lista ta aktualizowana jest co roku, figuruje na niej już ponad 1300 pozycji, jednak stosunkowo niewiele, bo zaledwie trochę ponad czterdzieści, z województwa dolnośląskiego. Jest tutaj zgorzelecki ser wywodzący się z tradycji kulinarnych osiadłych tu po wojnie domowej greckich uchodźców, przywieziona z Wołynia do Niemczy receptura wytwarzania marynowanej słoniny czy łemkowski kompot z suszu. Jest też, naprawdę historyczne danie dawnych niemieckich mieszkańców tych ziem - Schlesisches Himmelreich.

Niemieckie Schlesisches Himmelreich, tłumaczone zazwyczaj jako śląskie niebo - chociaż spotkaliśmy także określenie śląski raj czy śląski przysmak. Mimo wszystko to tak naprawdę niezbyt wyszukana potrawa, co oczywiście wcale nie znaczy, że nie jest smaczna. Składa się na nią gotowana lub peklowana wieprzowina - przeważnie szynka lub schab - oraz sos z suszonych owoców. Właściwie nic trudnego, może warto spróbować zrobić samemu?

Tak nas nawet zaciekawiło - ile z Was, jak wskazują statystyki bloga nawet ponad tysiąca czytelników - też gotuje? I nie mamy tu oczywiście na myśli jajka na twardo czy tosta włożonego do opiekacza. Mamy nadzieję, że przynajmniej część - bo w tym roku zamierzamy także podać kilka przepisów - jak to piszą zazwyczaj - "do samodzielnego wykorzystania".

Schlesisches Himmelreich / fot. SPBer (cc-by) 
Chcemy także, poza kolejnymi ciekawymi lokalami do odwiedzenia, pokazać Wam coś więcej, napisać trochę o jakże skomplikowanej historii kulinarnej naszego regionu, która nie w każdym miejscu zmieniła się całkowicie wraz z wymianą ludności w 1945 roku. Chcemy zająć się tradycją i historią kulinarną, odwiedzić miejsca, w których wprawdzie dziś już nic nie spróbujemy, ale które kiedyś tętniły życiem. Opowiedzieć historię różnych smaków Dolnego Śląska, nie tylko tych współczesnych.

Nie znaczy to wcale, że rezygnujemy z tego, co wypracowaliśmy przez ostatni rok. W czwartki nadal będziemy starali się pokazywać kolejne warte wypróbowania miejsca w naszym regionie, jednak tu szczególnie liczymy na Waszą pomoc! Nie tylko na komentarze, choć są one bardzo cenne, a nieraz pozwalają poznać dane miejsce z zupełnie innej strony, ale także na Wasze własne recenzje miejsc, do których nam nie udało się dotrzeć, a które warte są odwiedzenia. A może powiecie nam, gdzie warto jeszcze się wybrać? Albo podacie jakiś przepis na coś, co tylko na Dolnym Śląsku można znaleźć?

Bo z przepisami nie jest wcale tak łatwo. Nie zawsze wystarczy wpisać odpowiednie słowo w wyszukiwarkę. Chociażby ustalenie przepisu na śląskie niebo wcale nie jest proste. Kiedy Magda Gessler przeprowadzała kuchenne rewolucje w Bolesławcu, podała śląskie niebo w wersji wędzone, z suszonymi gruszkami i morelami, zatopione w zredukowanej śmietance zmieszanej z klarowanym masłem oraz cukrem. Jednak przepis ów wzbudził wiele kontrowersji. Na pewno nie można go było nazwać klasycznym, choć w sumie to chyba nikt nie wie, jak taki klasyk powinien wyglądać.

Pierwszy problem pojawia się już przy mięsie. Powinna to być wędzona lub peklowana wieprzowina - schab lub szynka, według niektórych tylko gotowana i pieczona. Na ministerialnej liście produktów regionalnych znajdujemy jeszcze inną propozycję - ma być to połączenie kasslera i boczku. Kassler to rodzaj wędzonej wędliny wyrabianej z peklowanego schabu, karkówki lub szynki, smażonej, pieczonej lub gotowanej.

Tak wygląda prawdziwy kassler wieprzowy / fot. Alpha (cc-by-sa) 
Pamiętać trzeba, że w dobie braku lodówek i zamrażarek sam proces wędzenia mięsa był bardzo popularny. Wędziło i przetrzymywało się mięso na strychach lub w spyrnikach - specjalnych drewnianych szafkach do przechowywania żywności. Tak przygotowane mięso mogło być przechowywane nawet do trzech lat.

I właśnie takie trafiało kiedyś do śląskiego nieba. Jak pisze Wera Sztabowa w "Krupniokach i moczce, czyli gawędach o kuchni śląskiej" potrawa ta powstała w wyniku gotowania i odpowiedniego przyprawienia uwędzonego mięsa. Namoczone, następnie ugotowane i przyprawione, z sosem z suszonych owoców i kluskami było daniem urozmaicającym codzienną kuchnię. Świątecznych dni w roku było bowiem niewiele, natomiast dni zwykłych o wiele więcej. Co wtedy gotować? Nad tym łamią sobie głowy gospodynie nie od dziś. Czas przypomnieć kilka prostych dań obiadowych, typowo śląskich. Oprócz podrobów jadało się na Śląsku w zwykły dzień także inne mięsa, lecz już nie w takiej ilości, jak w dni świąteczne. Przeważnie w połączeniu z jarzynami lub suszonymi owocami.

To właśnie to przygotowania sosu potrzebujemy suszonych owoców. Mogą to być jabłka w plasterkach, śliwki, gruszki i morele w połówkach. Wszystkie moczymy w wodzie przez całą noc. Następnego dnia wieprzowinę gotujemy w słonej wodzie około godziny i po wymieszaniu z namoczonymi owocami jeszcze raz zagotowujemy. Przygotowany sos, w zależności od wariantu potrawy, doprawiamy do smaku cukrem, solą, cynamonem, utartą skórką i sokiem z cytryny. Nieraz stosuje się jeszcze zasmażkę z mąki i masła lub powidła śliwkowe, aby sos dodatkowo zagęścić.

Wejście na jarmark z okazji Johannisfest (odpowiednik naszego jarmarku
świętojańskiego) na dawnych terenach wystawowym (obecne ZOO) we Wrocławiu
w 1929 roku. Na górze nad misą widoczny napis "Schlesisches Himmelreich".
Mięso kroimy w grube plastry lub dzielimy na duże kawałki. Polewamy sosem i ozdabiamy owocami. Podajemy - i tu znowu mamy kilka wersji - według niektórych z kluskami na parze, a według innych z kluskami kładzionymi i a nawet - to już chyba ze względu na bliskość czeskiej granicy - z knedlami.

Ta "czeska" bliskość zasadniczo nie powinna dziwić, bo najstarsze wzmianki o tym daniu pochodzą z okolic dawnego Grafschaft Glatz (Hrabstwa Kłodzkiego). W wydanej w 2007 roku "Grafschaft Glatzer Kochbuch" (Książka Kucharską Hrabstwa Kłodzkiego) zawierającej zebrane przepisy dawnych mieszkańców tych ziem zaprezentowano śląskie niebo w dwóch wersjach - podstawowej i pochodzącej z Bystrzycy Kłodzkiej (Schlesisches Himmelreich aus Habelschwerdt).

Gdzie dziś najlepiej wybrać się na śląskie niebo? Według nas - do przygranicznego Görlitz. Mimo że tak właściwie to już środkowe Łużyce, jednak związek ze Śląskiem jest tam mocno podkreślany. Na posiadającej skądinąd niemało uroku starówce w prawie każdej knajpce będziemy mogli spróbować Schlesisches Himmelreich. Mimo że potrawa do wyszukanych nie należy to trzeba się przybywać na wydatek przynajmniej kilkunastu euro.

Schlesisches Himmelreich z knedlami w Patrizierhaus St. Jonathan w Görlitz
fot. Janos Korom Dr. (cc-by-sa) 
Może więc jednak da się spróbować śląskiego przysmaku po polskiej stronie Odry? Okazuje się, że na Dolnym Śląsku wcale to nie będzie takie łatwe. Jak nam podpowiedzieli czytelnicy naszego fanpage na Facebooku, poza wspomnianym już przy kuchennych rewolucjach "Pod Złotym Aniołem" w Bolesławcu można też zajrzeć na śląskie niebo do "Wrocławskiej" w stolicy regionu, gospodarstwa agroturystycznego "Skowronki" koło Lądka-Zdroju czy "Browaru Miedzianka" w Janowicach Wielkich. A także poszukać na Górnym Śląsku, mimo że większość autorów książek kucharskich wskazuje to danie jako charakterystyczne dla Śląska Dolnego i Opolskiego, a nie Górnego.

Mamy jednak nadzieję, że nieważne gdzie zdecydujecie się spróbować Schlesisches Himmelreich, będzie Wam smakować, bo połączenie smaków - słodko-kwaśnego sosu i lekko wędzonego mięsa - nie jest wcale tak standardowe jak można by to sobie wyobrażać. Mamy też nadzieję, że podzielicie się z nami opinią na ten temat, a przede wszystkim, że nas znowu odwiedzicie i polubicie kolejne wpisy. Do przeczytania!
Obsługiwane przez usługę Blogger.