Featured

12/recent

102. Kuchnie polowe | Dolny Śląsk

30.3.17
Jedną z popularniejszych rozrywek w ostatnich latach są różnego rodzaju rekonstrukcje historyczne, stanowiące z jednej strony doskonałą, realizowaną z pasją, interesującą lekcję historii, z drugiej – okazję do obejrzenia wojskowych pojazdów, sprzętu oraz … wypróbowania wojskowej kuchni.


Obok bowiem typowo „festynowego” jedzenia typu hot-dogi, zapiekanki, frytki i popcorn, pojawia się na tego typu imprezach kuchnia polowa. Oczywiście jedna drugiej nierówna; my ze szczególnym sentymentem wspominamy Rajd Arado z roku 2014, kiedy to rekonstruktorom towarzyszył p. Wojciech Minczykow.

Ten pochodzący z Redy chemik, wojskowy specjalista od skażeń, w cywilu rozwija inne zainteresowanie, aczkolwiek w wojskowym obszarze pozostające – wiedzę o kuchniach polowych. Podczas wspomnianego rajdu Arado częstował fasolówką i grochówką (z tej drugiej jest chyba bardziej znany).


Obydwie były pyszne, jedyne w swoim rodzaju… Być może dzięki temu, że przygotowane właśnie na polowej kuchni? Kuchnia wz. 36P, w pełni sprawna, dopuszczona do użytku przez Sanepid (co z pewnością nie było łatwe), w większej swojej części oryginalna (wyprodukowana w kieleckiej Hucie Ludwików), posiada dwa kotły, w których p. Wojtek przyrządza najlepszą grochówkę na świecie!

Spotkanie z nim to zatem okazja do obejrzenia prawdziwej kuchni polowej, używanej w początkowych tygodniach II wojny światowej, ale też możliwość spróbowania prawdziwie wojskowego jedzenia.



To ostatnie, czyli żołnierska strawa, to z pewnością jeden z trendów kulinarnych ostatnich lat. Kuchnie polowe doczekały się nawet swoich festiwali – my polecamy wszystkim Festiwal Kuchni Polowych w Walimiu, która to cykliczna impreza, odbywająca się zawsze w czerwcu, stanowi okazję do spróbowania jedzenia żołnierzy z bardzo różnych okresów historycznych. Jest tam nie tylko grochówka, ale także kapuśniak, niemiecki gulasz, napoleońska zupa polowa zwaną "Le Bouilli" czy carska solianka.

Grochówka jest także hitem wszelkiego rodzaju festynów wojskowych. Podczas ostatniego spotkania z żołnierzami Sojuszu Północnoatlantyckiego na wrocławskim rynku największą popularnością cieszyły się rozstawione na pobliskim placu Solnym kuchnie polowe. Kolejka nie zmniejszała się nawet na chwilę!


PS. Dzisiejszy wpis jest 102. wpisem na naszym blogu. A że 102 u nas zawsze kojarzyć się będzie z Rudym 102 i przesympatycznymi przedstawicielami wojskowego fachu, zapraszamy Was na ucztę przy wojskowym garze. A może znacie inne tego typu festiwale lub podpowiecie nam, gdzie w tym roku możemy spotkać p. Wojtka, za którego grochówką bardzo tęsknimy..?

Do parku na wiosnę | Agawa | Wrocław

23.3.17
Zaczęła się wiosna; wprawdzie słońca jeszcze trochę nam brakuje, ale już z niecierpliwością go wyglądamy, szukamy go między innymi w parkach, do których coraz częściej zaglądamy. 

Park Południowy jeszcze przed nadejściem wiosny...
... i Park Południowy gdy do wiosny został tylko dzień.


W samym Wrocławiu mamy aż 44 parki. Nie wszystkie oczywiście znamy, kilka jest takich, których nazwy mówią coś każdemu mieszkańcowi i turyście. Niewątpliwie jednym z nich jest Park Południowy. Powstał pod koniec XIX wieku na 25 hektarach podarowanych w 1877 roku miastu przez zamożnego kupca i filantropa Juliusa Schöttlandera. Jak w każdym z miejsc spacerowych, tak i w parku powstało miejsce, w którym spacerowicze mogli posilić się, odpocząć, uraczyć aromatyczną kawą.

W Parku Południowym miejscem takim była elegancka restauracja, która niestety uległa zniszczeniu i po II wojnie nie została już odbudowana. Jednak wrocławianie również dzisiaj mogą w Parku Południowym coś zjeść, wypić kawę, spróbować smacznego deseru… To restauracja Agawa, do której warto zajrzeć i latem, i zimą.

Nie istniejąca już dziś restauracja Haasego w Parku Południowym na pocztówce z początku XX wieku.
Gdy na dworze zimno, możemy ogrzać się przy ciepłym kominku w dość przytulnym wnętrzu. Gdy zbyt ciepło, możemy skorzystać z ogródka i zasiąść przy zacienionym stoliku oraz cieszyć oczy okalającą lokal zielenią parku.

My do Agawy zajrzeliśmy w zeszłym tygodniu, szukając pierwszych oznak wiosny na parkowych trawnikach. Restauracja powitała nas niedzielnym gwarem, zapachem świeżo przyrządzanych dań i zaproszeniem na brownie, umieszczonym na potykaczu. Na ciastko wprawdzie się nie skusiliśmy, jednak – jako że szukanie pierwszych oznak wiosny bywa męczące – zamówiliśmy coś do jedzenia.

Idąc zapoczątkowanym w Nel Parco szlakiem pizzy, także tutaj sięgnęliśmy po to danie. Pizza - nomen omen również przy parku - okazała się dobrym wyborem. Cienkie ciasto, dużo dodatków. Może nieco za dużo gotowych mieszanek przypraw, które nieco przykryły smak poszczególnych składników umieszczonych na pizzy. Była to jednak smaczna przekąska, idealna na przerwę w niedzielnym spacerze.



Poza pizzą jest również wiele innych dań, również raczej smacznych, sądząc po szybkości znikania z talerzy gości z sąsiednich stolików. Obsługa, jak na niedzielne popołudnie, kiedy sala była wypełniona, a rotacja przy stolikach dosyć duża, radziła sobie znakomicie. Z pewnością jeszcze do Agawy wrócimy.

A Wy macie swoje ulubione parkowe restauracje?


Restauracja Agawa
Wrocław: ul. Andrzeja Waligórskiego 1 (Park Południowy)
codziennie od 12 do 22
60-80 miejsc, 40-50 miejsc w ogródku letnim
ostatnia wizyta: marzec 2017

Słodkie 43 kilogramy | Książ od kuchni | Wałbrzych

9.3.17
Wydaje się, że chwila jedynie minęła od wrzucenia na nasz blog pierwszego posta, dopiero co wymyśliliśmy Smaki Dolnego Śląska, a tu już dzisiaj prezentujemy post numer 100!

Jest zatem okazja do świętowania, a jak mamy świętować, to konieczny jest tort! I to najlepiej taki, który je się także oczyma, taki, jakiego nikt inny nie ma, jedyny, na specjalne zamówienie przygotowany…


Na przykład taki, jaki niegdyś na Zamku Książ wykonał swą mistrzowską ręką kucharz Hochbergów, Louis Hardouin. Jego królestwo znajdowało się na piątym piętrze Zamku, bo tam właśnie umieszczona została kuchnia. Dodajmy – było to na owe czasy rozwiązanie nowatorskie, gdyż jedzenie gotowano zwykle w dolnych częściach rezydencji zamkowych i pałacowych.

Hochbergowie zdecydowali się na umieszczenie jej wysoko, co zapobiegało przedostawaniu się kuchennych zapachów do pomieszczeń arystokratów. Na piątym piętrze Zamku Książ była także chłodnia, w której oddzielnie przechowywano dziczyznę, warzywa i ryby. Zlokalizowano tam też pomieszczenie ze zbiornikiem na wodę deszczową, używaną w książęcym gospodarstwie.


Właśnie na piątym piętrze powstał tort – dzieło sztuki. Zachwycający i zadziwiający drobiazgowością, starannością wykonania i ilością szczegółów. Powstał przy okazji odbywającego się na zamku wesela, w lipcu – niestety nie wiemy, którego roku.

Czy smak miał równie wyborny? Informacje na ten temat nie zachowały się żadne, jesteśmy jednak pełni podziwu dla kucharza i jego zespołu, który w upalne lipcowe dni potrafił przygotować takie cukiernicze dzieło sztuki.

Kilka tygodni temu, z okazji wernisażu wystawy zdjęć kucharza-fotografa Luisa Hardouina (o której też Wam jeszcze opowiemy, zaglądajcie na Przystanek Dolny Śląsk), na Zamku Książ cukiernicze dzieło pojawiło się ponownie. Tort ważył 43 kilogramy, a pracowali nad nim przez 8 dni cukiernicy z wrocławskiego hotelu HP Park Plaza pod przewodnictwem szefa kuchni, Zbigniewa Koźlika.






Wprawdzie, jeśli przyjrzymy się zdjęciom, widzimy, że zdobień miał nieco mniej niż oryginał, jednak i tak robił wrażenie! Z opowieści wiemy, że trudno było znaleźć zespół, który podjąłby się odtworzenia wypieku mistrza Hardouina. Nic dziwnego, przedsięwzięcie okazało się trudne nawet dla doświadczonych fachowców, było tez niezwykle czasochłonne - samo składanie tortu z poszczególnych elementów na wernisaż zajęło cukiernikom prawie 10 godzin.

Ach, dostać taki tort…

Za historię niezwykłego wypieku dziękujemy przewodniczce po Zamku Książ, pani Magdalenie Włodarskiej, dzięki której mieliśmy okazję nie tylko obejrzeć zdjęcia, ale i poznać kilka historycznych ciekawostek. Zaś pani Dorocie Karolewskiej dziękujemy za udostępnienie zdjęć, które pozwoliły zaprezentować Wam wszystkim tutaj zaglądającym jeszcze jeden skarb kulinarny Dolnego Śląska.

Najlepsze połączenie | Sofa Beer&Burger | Jelenia Góra

2.3.17
Powoli zbliża się wiosna, wyglądające zza chmur słońce zachęca do spacerów krótszych i dłuższych, w tym także do wycieczek górskich (chociaż w górach na wiosnę przyjdzie jeszcze trochę poczekać).


Jeśli w najbliższych dniach podmuchy cieplejszego powietrza zachęcą Was do wycieczek, zajrzyjcie może do Jeleniej Góry. Miejscowość leży nieopodal karkonoskich popularnych szczytów, ale warta odwiedzenia jest nie tylko z tego powodu. Sama stanowi bowiem interesujące miejsce do spacerowania, zwiedzania i podziwiania zarówno zabytków, jak i przepięknych widoków.

A gdy od tego podziwiania i dreptania jeleniogórskimi traktami zrobimy się głodni, mamy do wyboru kilka miejsc z całkiem dobrym jedzeniem. Jednym z nich jest Sofa.

Sofa Beer & Burger, bo tak brzmi pełna nazwa lokalu, oferuje szereg różnych dań i napojów, szczególnie jednak warto wybrać się właśnie na burgery i pyszne (czeskie) piwo. Zlokalizowana w samym sercu Jeleniej Góry zaprasza do przestronnego wnętrza, latem zaś oferuje miejsce w ogródku.


Jeśli szukacie dobrego terminu na odwiedzenie jeleniogórskiego rynku, to polecamy ostatni weekend września kiedy cały plac Ratuszowy i okoliczne uliczki zajmuje największa w regionie giełda staroci.
W menu wiele dań. Na przykład pyszne sałatki (polecamy zwłaszcza sałatkę z grillowaną polędwicą, której smak podkreśla orzechowy dressing – palce lizać!), makarony lub któreś z dań obiadowych (np. pieczone żeberka czy gulasz wieprzowy). Warto zamówić pierogi (włoskie, z dodatkiem sera mozzarella, parmezanu i żółtego oraz suszonych pomidorów), podawane ze smacznym sosem. Może na zdjęciu na prezentują się okazale, jednak smakują bardzo dobrze, a i porcja wcale nie jest mała.

Przede wszystkim jednak warto zamówić tutaj burgera. Spośród wielu propozycji nam odpowiadają dwie. Pierwsza to Sofa Burger z dodatkiem sera camembert. Druga, jeszcze lepsza, to Mexico Burger z dodatkiem ostrych papryczek jalapeno. Ale uwaga! To danie dla tych, którzy naprawdę lubują się w ostrych dodatkach.



Popić wszystko najlepiej czeskim piwem, które w lokalu serwowane jest w szklankach o pojemności 0.4l.

Ceny niewygórowane, do wielkości i jakości jedzenia jak najbardziej adekwatne. Malutki minus za obsługę, bo pod tym względem jest w lokalu bardzo nierówno. Czasami szybko można otrzymać kartę dań i zamówić wybrane jedzenie, czasami jednak trzeba się przypominać lub zwrócić na siebie uwagę, by ktoś się zainteresował.


Sofa Beer & Burger
Jelenia Góra: pl. Ratuszowy 13/14
codziennie od 10 do 23, w piątki i soboty do 1 w nocy, w soboty i niedziele od 11
30-40 miejsc, ogródek letni 20-30
ostatnia wizyta: wrzesień 2016
Obsługiwane przez usługę Blogger.