Featured

12/recent

Markova i Pora na dobranoc | Legnica

19.4.18
Pamiętacie Misia Uszatka? Czy podobnie jak my z zapartym tchem śledziliście przygody Bolka i Lolka? Reksio, Colargol, Koziołek-Matołek… Wszystkie te postaci, począwszy od pierwszych bohaterów – Jacka i Agatki – towarzyszyły młodym widzom od kilku dziesięcioleci, umilając wieczorne chwile.

Dobranocka pojawiła się na antenie Telewizji Polskiej (wtedy nadającej tylko 1 program) 2 października 1962 roku o godzinie 19:20. Młodzi widzowie zobaczyli dwie czarno-białe pacynki - Jacka i Agatkę - wymyślone przez Wandę Chotomską, które bawiły dzieci przez całe dziesięciolecie. Nakręcono ponad 1000 kilkuminutowych odcinków.

W tym czasie pojawiało się całkiem sporo - jak moglibyśmy to dzisiaj określić - gadżetów z Jackiem i Agatką. W książce Barbary Gawryluk "Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia" znana pisarka opowiada taką historię: Kiedyś w sklepie papierniczym gdzieś na Dolnym Śląsku zobaczyłam szklaną kulę. Kiedy się taką kulą porusza, sypie się śnieg. A śnieg sypał się w tej kuli na Jacka i Agatkę. Obok stała taka sama kula z Matką Boską. Pytam sprzedawczynię: „Dobrze się te kule sprzedają?". „Nieźle – odpowiada. – Te z Jackiem i Agatką najlepiej, bo Matka Boska już się opatrzyła"

Dzisiaj Wieczorynki na antenie pierwszego programu TVP już nie ma, przeniosła się do tematycznego ABC. O tych kultowych filmach rysunkowych jednak ciągle pamiętamy, a nierzadko w świat ich bohaterów wprowadzamy także nasze dzieci. Świetną do tego okazją jest przygotowana w oparciu o zbiory Muzeum Dobranocek w Rzeszowie czasowa wystawa "Pora na dobranoc" w Muzeum Miedzi w Legnicy.






Ekspozycja to zaproszenie do poznania wyjątkowej kolekcji przenoszonej nas w świat „dobranocek”. Znajduje się na niej ponad 200 eksponatów, od oryginalnych lalek i planów filmowych wykorzystywanych w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, najstarszej wytwórni filmów animowanych w Polsce, poprzez scenopisy, kadry, szkice, folie, plakaty. Wystawa jest nostalgiczna dla dorosłych, pełna atrakcji dla dzieci, które mogą nie tylko zobaczyć eksponaty, ale też obejrzeć film rysunkowy o przygodach Bolka i Lolka lub Reksia.

A co po zwiedzaniu?

My nie zdołaliśmy odejść zbyt daleko od Muzeum. Trafiliśmy od razu na legnicki rynek. Jest w kształcie prostokąta i został po II wojnie prawie całkowicie zdewastowany, stąd zamiast pięknych kamienic, jakimi mogła poszczycić się przedwojenna Liegnitz, otaczają go w większości peerlowskie bloki. Zachowała się tylko zabudowa śródrynkowa z okazałym budynkiem Teatru Miejskiego, malutkimi kamieniczkami tzw. śledziowymi oraz Domem Pod Przepiórczym Koszem, naprzeciw którego ulokowała się jedna z nowych kawiarni.

Tak naprawdę na legnickim rynku i w jego najbliższej okolicy nie ma zbyt wielu dobrych ofert gastronomicznych, stąd tym bardziej cieszą nowo otwierane lokale w tej okolicy. Kawiarnia, a właściwie cukiernio-lodziarnia Markova, otworzyła się nieco ponad rok temu. Mieliśmy wejść tylko na chwilę, aby kupić lody w wafelku, na wynos, ale jedno spojrzenie na ciasta sprawiło, że zdecydowaliśmy się jednak zostać na dłuższą chwilę.

Znajdująca się w sercu legnickiego rynku restauracja, jak na miejsce z miedzią silnie związane przystało, czaruje od progu miedzianymi elementami wystroju wnętrza. Tym jednak, co przyciąga wzrok, są przede wszystkim słodkości – wystawione w ladzie chłodniczej ciasta, torty i desery oraz lody o smakach tradycyjnych i takich nieco od tradycji odbiegających.






Polecamy zwłaszcza leśny mech – ciasto w soczystych, zielonych barwach, które smakuje jeszcze lepiej niż wygląda. Ciasto przełożone kremem mascarpone, z wiśnią na górze i tajemniczym zielonym składnikiem. I - jeśli nie wiedzieliście wcześniej - to nigdy nie odgadniecie, co mu tego koloru przydaje, bo jest to... szpinak (naprawdę!). Ciasto jednak smakuje znakomicie, nie jest mocno słodkie i bardzo dobrze komponuje się z czarną kawą. Dodatkową atrakcją jest cukiernik, który stojąc sobie niby w tle, skupia na sobie wzrok wielu gości, gdy schowany gdzieś za ladą, przygotowuje i pięknie dekoruje kolejne smakowite ciasta i desery.

Cukiernio-Lodziarnia Markova
Legnica: Rynek 5/6
codziennie od 10 do 20, w niedziele od 11
około 20-30 miejsc, wystrój nowoczesny, atmosfera swobodna, stój nieformalny
kawa od 6,50 zł, ciasta 10-15 zł, lody 3,20 za gałkę





Muzeum Miedzi w Legnicy - wystawa "Pora na dobranoc"
Legnica: ul. Partyzantów 3 (boczna od rynku)
kwiecień, maj od wtorku do soboty, czerwiec od środy do niedzieli od 11 do 17
bilety normalne 10 zł, ulgowe 6 zł, w soboty i pierwszą środę miesiąca bezpłatnie

Etablissement Wilhelmshafen | Wrocław Bartoszowice

12.4.18
Czy wiecie co to było Etablissement? Budowano je w wielu niemieckich miastach, także na Dolnym Śląsku na przełomie XIX i XX wieku.

Były swoistymi centrami rozrywki na miarę dzisiejszych ogromnych kompleksów hotelowych z restauracją, kawiarniami czy nawet kasynem, w których można wykupić wakacje all-inclusive. Wtedy jednak nie trzeba było wyjeżdżać do dalekich krajów, Etablissementy tworzono w większości śląskich miast. Były jednym z symboli belle epoque.

Architektura Etablissement nawiązywała do parkowych pawilonów, często w stylu neoklasycystycznym. Lokalizowano je przede wszystkim na przedmieściach, zazwyczaj w sąsiedztwie rzeki lub jeziora, które były i dodatkową atrakcją - można było wypożyczyć małe łodzie wiosłowe - i dodatkową drogą komunikacyjną - do Etablissement często kursowały statki rzeczne lub tramwaje wodne.

W Etablissement bawiono się na co dzień, urządzano też różnego rodzaju festyny oraz uroczyste spotkania stowarzyszeń, bractw czy korporacji, których wtedy działało niemało. Niemało było także tego typu kompleksów. W samym Wrocławiu ocenia się ich liczbę w okresie największego rozkwitu na ponad 80.

Jednym z bardziej znanych było działające na dzisiejszych Bartoszowicach Etablissement Wilhelmshafen. Obiekt powstał na początku lat 80. XIX wieku na obszernej parceli nieopodal przystani statków wycieczkowych. Zespół składał się piętrowego budynku z trzypiętrową wieżą i parterową salą restauracyjną, którą można było zamieniać na salę balową. Do tego dochodziła drewniana weranda od strony rzeki z ogródkiem letnim.

Główny budynek przetrwał i można go podziwiać do dziś w całkiem dobrym stanie, został w 2003 roku wyremontowany po pożarze, jednak do dziś pozostaje nieużytkowany. Może jednak kiedyś wróci do swojej gastronomiczno-rozrywkowej roli i ponownie - jak przed II wojną światową - będzie serwować najlepsze i największe golonki w całym Wrocławiu.












Wszystkie fotografie pochodzą z 1 połowy XX wieku, zdjęcie lotnicze kompleksu z 1930 roku, autorzy nieznani, źródło: www.dolny-slask.org.pl, www.fotopolska.eu

Co do espresso? 9 propozycji z Dolnego Śląska

5.4.18
Historia espresso zaczyna się wraz z chwilą stworzenia pierwszego ekspresu ciśnieniowego do kawy. Jej początek przypada na rok 1937 i od tego czasu po espresso sięgamy chętnie, zwłaszcza rano, ale i wieczorem, w przerwie między posiłkami i po posiłku, na spotkaniu ze znajomymi, na randce i podczas rodzinnych przyjęć.

Orzeźwiający łyk gorącego, gęstego napoju budzi nas rano, dodaje sił w ciągu dnia i odpręża wieczorem. Często dodatkiem do niej jest smaczne ciastko bądź inny deser. No właśnie – co można zjeść do espresso?

Może na przykład torcik czekoladowy? Całkiem dobry, estetycznie podany, przygotowany z dbałością nie tylko o smak, ale i wygląd, możecie zjeść w Kłodzku w Caffe Perfetto, gdzie i my nieraz zaglądamy, będąc z wizytą bądź tylko przejazdem w tym mieście. Kawiarenka ulokowana jest w historycznym budynku tuż przy zabytkowym mości św. Jana, który musimy przejść idąc od dworca kolejowego do rynku.


Torcik niekoniecznie jednak musi być czekoladowy. Inne torciki (a także szereg przeróżnych smakołyków, w tym świetną szarlotkę) oferuje m.in. Central Cafe w Goerlitz. To już trochę poza granicami Dolnego Śląska, ale odwiedzając położony na zachodniej rubieży województwa dolnośląskiego Zgorzelec nie można nie skorzystać i nie przejść na drugą stronę Nysy Łużyckiej. Świetnie położony lokal przy głównej ulicy miasta Berlinerstrasse kusi zapachem świeżej kawy, smakami i pięknymi widokami na ruchliwy trakt.


Będąc na południowym krańcu województwa dolnośląskiego równie często zdarza nam się przekroczyć granicę i z Kudowy-Zdroju dotrzeć do przygranicznego Nachodu. Dzięki stałym kursom CSAD (czeski odpowiednich naszego PKS) łączącym obydwa miasta jest bardzo wygodne i bezproblemowe. W Nachodzie warto odwiedzić zamek i zobaczyć mieszkające na nim niedźwiedzie, a potem w jednej z bocznych uliczek odnaleźć Waffle Cafe. Ich propozycją są gofry. Ale nie takie zwyczajne, z budki, z syropem lepkim czy byle jak rzuconymi owocami. To prawdziwe dzieła kulinarnej sztuki, wieloskładnikowe, dopracowane i tak smaczne, że zawsze chce się na nie wracać.


A może brownie? Jeśli tak, skierujcie kroki do Świdnicy. Dużo w niej zabytków i ciekawych miejsc, sporo też smacznych lokalizacji. Jedną z nich pozostaje hotel Fado, w którym do espresso zamówić można właśnie brownie o intensywnym czekoladowym smaku. I nie zrażajcie się tym, że to hotel. Restauracja jest dostępna nie tylko dla gości, którzy zdecydują się tu na nocleg.


Lepiej coś zdrowszego? Oczywiście i takie propozycje dla Was mamy. Może to być na przykład ciasteczko owsiane. Mimo, że też znajdziemy w nim cukier, to na pewno jest zdrowsze niż inne słodycze tego rodzaju. Można je otrzymać w wielu miejscach, nam szczególnie przypadły do gusty przepyszne owsiane ciasteczka w Zgorzelcu, w restauracji Przy Jakubie. Ciastko i kawę szczególnie miło jest zamówić w ciepły dzień, gdy z ogródka kawiarnianego można podziwiać Przedmieście Nyskie, graniczną Nysę Łużycką i Goerlitz po drugiej stronie.


Do tych zdrowszych propozycji zaliczyć możemy także ciasto marchewkowe. Marchewka była używana jako składnik wypieków już w średniowieczu, gdyż wysoka zawartość cukru w niej rekompensowała brak tego składnika. Ponownie ciasto marchewkowe przeżyło renesans podczas II wojny światowej w Wielkiej Brytanii w konsekwencji racjonowania żywności. U nas popularne stało się wraz z kuchnią wegetariańską na początku tego wieku. Z tych, które mieliśmy okazję próbować w ostatnim roku, polecamy zwłaszcza to Dzień Dobry Cafe w Dusznikach-Zdroju, które świetnie smakuje i zimą, w przytulnym wnętrzu, i latem, w ogródku umożliwiającym podziwianie widoków dusznickiego Rynku.


Jeszcze zdrowiej? To może granola? Ostatnimi czasy bardzo popularna, więc zamówić ją można w wielu kawiarniach, nam do gustu szczególnie przypadła ta serwowana w Świdnicy, w Cafe Łukowa. Zresztą znajdziecie tu taki ogrom smakołyków, że trudno będzie wybrać ten jeden. Może się więc okazać, że zamiast dietetycznej granoli zamówicie coś całkiem innego.


Jeśli uważacie, że do espresso wielkie ciacha są nie na miejscu, to może jakiś drobiazg, podkreślający smak napoju? Małe ciasteczka w cenie kawy zdarzają się na tyle często, że nie mogą już wyróżniać. Trochę rzadziej spotykanym pomysłem jest dodanie do kawy... ziarenka kawy w czekoladzie. Nas jednak najbardziej w zeszły roku zachwyciła wrocławska Zenka Cafe, która do espresso zaproponowała nam pyszne... krówki.


A w związku z tym, że za oknem słońce i temperatura coraz wyższa, może skusicie się na lody? W ostatnim czasie przybywa tych ręcznie robionych, o niesztampowych smakach, dla nas jednak nadal jednymi z lepszych pozostaję te z Białej Lokomotywy w Nowej Rudzie. Nie byliście tam jeszcze? To na kawowej mapie (nie tylko) Dolnego Śląska przystanek obowiązkowy!


A co Wy polecacie do espresso?

Łużycka Wielkanoc | Okolice Zgorzelca

29.3.18
Jeśli za późno przypomnieliście sobie o Wielkanocy i nie zdążyliście odwiedzić jednego z wielu dolnośląskich jarmarków przedświątecznych, obejrzeć prezentacji stołów wielkanocnych albo zapisać się na warsztaty z przygotowywania ozdób, to mamy dla Was interesującą propozycję związaną ze Świętami Wielkiej Nocy. Aby z niej skorzystać, musicie zajrzeć do Zgorzelca!

Zgorzelec i Görlitz tworzą jedyne w swoim rodzaju miasto. Rozdzielone rzeką i granicą po 1945 od kilkunastu lat na nową budują swoją, wspólną tożsamość. Zgorzelec to także świetne miejsce wypadowe do odwiedzanie atrakcji turystycznych położonych u naszych zachodnich sąsiadów. Między Zgorzelcem a Görlitz można przejść na pieszo lub przejechać (obecnie bezpłatnie!) most graniczny pociągiem ze stacji Zgorzelec (dawny Zgorzelec Ujazd) do stacji Görlitz.

Koncert przy Wielkim Płótnie Wielkopostnym / fot. Thomas Glaubitz 

Za Nysą najważniejszy dzień Świąt Wielkanocnych to Wielki Piątek, który jako dzień śmierci Chrystusa nazywany jest także Cichym Piątkiem. Ten ustawowo wolny od pracy dzień nasi sąsiedzi przeznaczą na wspólne modlitwy w kościołach, a po nabożeństwach księża zaproszą ich na agapę - wspólny symboliczny posiłek złożony z chleba, wina i wody. Niemców, inaczej niż nas, nie obowiązuje tego dnia ścisły post, ale na ich stołach i tak tego dnia pojawia się zwykle tradycyjna ryba i jajka w kwaśnym sosie.

Spokojnie upłynie za Nysą także Wielka Sobota. To dzień wyciszenia i tylko w niektórych regionach Niemiec katolicy poświęcą ogień ze świecy paschalnej, którym później zapalają domowe świece wielkanocne.

Powszechny w Polsce zwyczaj sobotniego święcenia pokarmów jest naszym sąsiadom obcy, dlatego kiedy w Niedzielę Wielkanocną, po odprawionej wczesnym rankiem mszy rezurekcyjnej, zasiądą do świątecznego śniadania, nie podzielą się przed nim jajkiem, tak jak my. Tego dnia na niemieckich stołach królować będzie pieczeń barania, pasztety, wędliny, babki drożdżowe i serniki, często wypiekane w formach w kształcie baranka oraz nieznany u nas chleb orzechowy i… obowiązkowy zajączek, najlepiej z cukru lub czekolady.

Ten symbol świąt wiąże się z główną tradycją niemieckiej Niedzieli Wielkanocnej. To wyczekiwana przez najmłodszych zabawa w szukanie "zajączka", czyli ukrytych w ogrodzie lub mieszkaniu, małych prezentów - kolorowych jajek, czy czekoladowych zajączków, często umieszczonych w specjalnie uplecionych gniazdach.

Wielkanocny Poniedziałek przebiega w Niemczech bez mokrych niespodzianek w postaci śmigusa – dyngusa, jak u nas. Nasi sąsiedzi poświęcają ten dzień na odpoczynek, spotkania w gronie rodziny i znajomych lub na jednodniowe wycieczki za miasto.

Okazuje się więc, że mimo wspólnej dla wszystkich chrześcijan tradycji Wielkiego Tygodnia, w zależności od wyznania, kraju i regionu, kładziemy nacisk na inne aspekty świąt Wielkanocnych, różnie je celebrujemy i hołdujemy różnym tradycjom. Bezdyskusyjnym elementem wspólnym wielkanocnego świętowania jest …jajko – symbol nowego życia i obowiązkowy wielkanocny rekwizyt. Kolorowe pisanki, misternie zdobione kraszanki, barwne wydmuszki zdobiące drzewka i bukiety – bez względu na formę, są w czasie tych świąt wszechobecne.

Starym, ale wciąż pielęgnowanym na Górnych Łużycach wielkanocnym zwyczajem, znanym również w kilku regionach Polski, są procesje konne, które odbywają się w Niedzielę Wielkanocną. Jedna z takich wielkanocnych kawalkad wyrusza każdego roku w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego spod kościoła parafialnego pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Ostritz, skąd kieruje się do klasztoru St. Marienthal.

Procesja jeźdźców w Ostritz / fot. Janusz Pawul

W wydarzeniu bierze udział ok. 100 odświętnie ubranych jeźdźców, którzy głoszą chrześcijańską dobrą nowinę, że Jezus powstał z martwych oraz modlą się o dobre zbiory i Bożą pomoc dla ludzi i przyrody. W drodze do klasztoru kawalkada zatrzymuje się przy stacjach, na których czytana jest Ewangelia wielkanocna. Stacji jest pięć. Czwarta z nich wypada przy krzyżu na jednym z okolicznych wzgórz, gdzie jeźdźcy modlą się w intencji zmarłych kolegów.

Na koniec, na dziedzińcu klasztornym w St. Marienthal kapłan udziela jeźdźcom i wiernym błogosławieństwa. Po opuszczeniu klasztoru jeźdźcy wyruszają na pola, by błogosławić siew. Co roku Kawalkada Wielkanocna wyrusza z Ostritz o godzinie 13.00 i ok. 13.45 dociera do klasztoru St. Marienthal.

Poprzedzający Wielkanoc czas duchowego przygotowania na nadejście świąt to dobra okazja, aby odwiedzić położoną niedaleko Zgorzelca Żytawę (Zittau), gdzie podziwiać można unikalny i bardzo cenny zabytek okresu średniowiecza. Jest nim dekorowana tkanina służąca do zasłaniania ołtarza na czas Wielkiego Postu.

Zasłon, czy też całunów wielkopostnych (łac. velum quadragesimale) zaczęto używać około roku tysięcznego, kiedy rozpowszechnił się zwyczaj zakrywania na czas Wielkiego Postu ołtarzy, relikwii lub obrazów przed spojrzeniami parafian. Oprócz tego zasłony, podobnie jak zdobione bogato drewniane nastawy ołtarzowe (łac. retabulum), czy malowidła ścienne, pełniły rolę obrazkowej biblii dla niepiśmiennych wiernych.

Wykonane z tkaniny, były podatne na niszczenie. Nic więc dziwnego, że do naszych czasów zachowały się nieliczne egzemplarze: 13 w Austrii, 2 w Szwajcarii, po jednym w Lichtensteinie i we Włoszech i 2 w Niemczech, w Żytawie właśnie.

Biblia Żytawska, czyli Wielkie Płótno Wielkopostne / fot. Rene Egmont Pech

W pełni zachowane, ogromne płótno wielkopostne, nazywane też "Biblią Żytawską", podziwiać można w żytawskim kościele Św. Krzyża. Po konserwacji, której w latach 1994-1995 podjęła się szwajcarska Fundacja Abegg-Stiftung, to niezwykle cenne dzieło o wymiarach 8,2 m wysokości i 6,2 m szerokości, eksponowane jest w specjalnie do tego celu wykonanej, największej na świecie szklanej gablocie.

To bez wątpienia jedno z największych, najstarszych i z punktu widzenia artystycznego, najbardziej interesujących dzieł sztuki tego typu na świecie. Ufundowane w 1472 roku przez miejscowego kupca Jacoba Gürtlera, wykonane przez nieznanego mistrza dzieło zostało podarowane kościołowi św. Jana w Żytawie, gdzie służyło do zasłaniania prezbiterium w okresie od środy popielcowej do środy w Wielkim Tygodniu.

Wykonaną z sześciu, połączonych jeszcze przed pomalowaniem, pasów tkaniny zasłonę zdobi 90, dość dużych obrazów namalowanych farbami temperowymi, przedstawiających sceny ze Starego i Nowego Testamentu, od Stworzenia Świata aż po Sąd Ostateczny. Artysta ułożył je poziomo, po dziewięć w dziesięciu "wierszach", dzięki czemu zasłonę "czyta" się jak stronę w książce. Na obrzeżach płótna umieszczono przedstawienia czterech ewangelistów, herby Czech i Żytawy, postać Mojżesza oraz herb i podobizna fundatora, a także liczne zwierzęta.

W Żytawie zachowały się dwie zasłony wielkopostne. Odrestaurowane w ty samym czasie, przez tę samą szwajcarską fundację, są udostępniane zwiedzającym w dwóch różnych miejscach, dlatego aby obejrzeć drugi z cennych zabytków trzeba odwiedzić żytawskie Muzeum Historii Kultury w klasztorze franciszkańskim (Kulturhistorisches Museum Franziskanerkloster).

Tzw. Mała Zasłona Wielkopostna różni się od Biblii Żytawskiej, czyli Dużej Zasłony Wielkopostnej, przede wszystkim wymiarami, które wynoszą, bagatela, 4,30 m długości i 3,40 m szerokości, ale też tematyką. W przeciwieństwie do Wielkiej Zasłony przedstawia ona bowiem monumentalną scenę Ukrzyżowania w obramowaniu ponad 40 symboli pasyjnych (tzw. Arma Christi), jest więc bardziej od poprzedniczki jednorodna tematycznie.

Dzieło namalowane przez nieznanego mistrza odnosi się do twórczości takich wielkich mistrzów, jak: Dürer, Grünewald, czy Michał Anioł i jest jedyną zasłoną postną wykonaną na zlecenie gminy ewangelickiej. Do roku 1684 zasłaniała ołtarz główny w żytawskim kościele św. Jana. Warto też wiedzieć, że to jedyna zasłona postna typu Arma Christi w Niemczech i jedna z zaledwie sześciu na świecie tego typu zasłon, jakie zachowały się do dzisiaj. To szczególnie drogocenny zabytek.

Grób Pański w Görlitz / fot. Renata Burdosz

Via Dolorosa, Droga Cierpienia, Droga Krzyżowa. Ta prawdziwa, jerozolimska liczy podobno niespełna tysiąc kroków. To mało, czy dużo? W Görlitz można przekonać się o tym samemu. Przemierzając Drogę Krzyżową, która tak samo jak w Jerozolimie prowadzi do kaplicy Świętego Grobu. A dokładnie do jego słynnej repliki – głównej atrakcji zabytkowego kompleksu sakralnego. 

Łużycka Via Dolorosa bierze swój początek od małych drzwi w murze ewangelickiego kościoła św. Piotra i Pawła. To wejście do "celi Piłata" i zarazem początek starej Drogi Krzyżowej, która przez Przedmieście Mikołajskie i uliczką Lunitz prowadzi do jedynego w swoim rodzaju kompleksu pasyjnego, wybudowanego na przełomie XV i XVI wieku.

Kiedyś jej rytm wyznaczało siedem stacji męki Pańskiej. Dwie z nich: jedna u wylotu Lunitz, przy Jezusowej Piekarni, druga przy długich schodach prowadzących do kompleksu Świętego Grobu, przetrwały do dzisiaj i jak przed wiekami są świadkami wielkopiątkowych misteriów Drogi Krzyżowej. Współczesnych, ale zakorzenionych w wielowiekowej chrześcijańskiej tradycji.

Unikalny sakralny zespół architektoniczny, którego największą atrakcją jest utrzymana w stylu romańsko-mauretańskim, nieznacznie odbiegająca od nieistniejącego już oryginału kopia kaplicy Grobu Świętego w Jerozolimie, powstał na symbolizującym Golgotę wzgórzu między 1480 (rok, w którym biskup Jan z Budziszyna wydał pozwolenie na wzniesienie kopii grobu Pańskiego) a 1504 rokiem.

Grób Pański w Görlitz na starej rycinie

W 1555 roku Palestynę nawiedziło trzęsienie ziemi, na skutek którego całkowitemu zniszczeniu uległa budowla uchodząca w świecie chrześcijańskim za prawdziwy grób Pański. Zrujnowane miejsce aż do 1808 roku czekało na odbudowę. Niestety odbudowana kaplica Grobu Pańskiego okazała się bardzo odległa od oryginału, nie zachowując ani jego proporcji, ani szczegółów. I właśnie dlatego średniowieczna  kopia kaplicy Grobu Świętego z Goerlitz, której wymiary tylko nieznacznie odbiegają od zniszczonego kataklizmem pierwowzoru, uchodzi za wierniejszą oryginałowi niż  budowla odwiedzana obecnie przez pielgrzymów w Jerozolimie.

Fundatorem słynnej repliki był Georg Emmerich, syn bogatego patrycjusza, późniejszy sześciokrotny burmistrz Goerlitz, zmuszony do odbycia pielgrzymki pokutnej do Ziemi Świętej po tym, jak wywołał skandal obyczajowy uwodząc córkę rajcy miejskiego. Po powrocie z Jerozolimy, gdzie nie tylko uzyskał całkowite rozgrzeszenie, ale też został pasowany na rycerza Grobu Pańskiego, postanowił wybudować na wzgórzu, nieopodal murów miejskich, niezwykłą pamiątkę swej podróży.

Kopia jerozolimskiej kaplicy stała się częścią większego założenia, na które składają się ufundowane przez ówczesną radę miejską: kaplica Świętego Krzyża i kaplica Namaszczenia ze średniowieczną Pietą. Pierwsza z nich to dwupoziomowa budowla, w której mieszczą się Kaplica Adama na dole i Kaplica Golgoty na górze. Zwiedzający znajdą tam liczne symbole chrześcijaństwa, odwołania do nowego Testamentu i rekwizyty takie jak np.: kości, którymi legioniści rzymscy rzucali losy o suknię Jezusa, tabliczkę umieszczoną na krzyżu nad głową Jezusa z napisem INRJ, trzy otwory na krzyże czy pęknięcie w ścianie przypominające jak po śmierci Jezusa zasłona przybytku świątyni rozdarła się na dwoje. Całość miała służyć okolicznym mieszkańcom, których nie było stać na kilkunastomiesięczną podróż do Jerozolimy.

Założenie powstało w miejscu, które nie tylko długością Drogi Krzyżowej, ale też topografią możliwie jak najdokładniej przypomina jerozolimski oryginał. Wybudowano je bowiem na wzgórzu za miastem, w pobliżu symbolizującego jerozolimski Kydron potoku Lunitz i nieopodal namiastki Ogrodu Oliwnego, w którym dzisiaj zamiast drzew oliwnych podziwiać można różne gatunki jabłoni. Prowadzi do niego droga przecinająca Łąkę Apostołów, która wiosną rozkwita symbolizującymi odradzającą się nadzieję żonkilami, ciesząc oczy i wyzwalając radość. A górujące nad tym pięknym ogrodem symboliczne Drzewo Oliwne skłania do głębszej refleksji nad życiem. Warto na nie spojrzeć z perspektywy Łużyckiego Jerusalem. Szczególnie w czasie Wielkanocy.

Kościół Św. Krzyża / fot. Thomas Glaubitz
______________
Za pomoc w przygotowaniu materiału oraz udostępnienie fotografii dziękujemy pani Renacie Burdosz z Urzędu Miasta w Zgorzelcu oraz panu Kaiowi Grebaschowi, rzecznikowi Urzędu Miasta w Zittau.


Berghotel zur Teichmann-Baude | Brückenberg

22.3.18
Gdy 50 lat temu, 20 marca 1968 roku, zeszła największa w polskich górach lawina w Białym Jarze, ratownicy poszukiwali ofiar przez ponad 2 tygodnie przekopując w lawinisku ponad 700 korytarzy. Za bazę służył wtedy hotel Orlinek w Bierutowicach, czyli dzisiejszym Karpaczu Górnym.

Hotel powstał na dość rozległej polanie śródleśnej, gdzie wcześniej znajdowała się buda pasterska od II połowy XX wieku pełniąca rolę schroniska. Okazały Berghotel zur Teichmann-Baude wzniesiono w Brückenbergu (dzisiejszym Karpaczu Górnym) w 1913 roku w stylu sudeckim. Hotel dysponował 200 miejscami noclegowymi, dużą restauracją z barem, tarasami widokowymi.

Po II wojnie światowej w hotelu urządzono szkołę wojskową dla sierot wojennych, którą prowadził harcmistrz Zygmunt Pytliński ps. Sławek. Po kilku latach szkołę przekształcono w prewentorium dla dzieci, a w latach 60. ponownie uruchomiono tu hotel pod nazwą "Orlinek", którym zarządzało jeleniogórskie Przedsiębiorstwo Turystyczne "Turystyka". Sama nazwa hotelu pochodzi prawdopodobnie właśnie od wcześniejszej szkoły, którą określano mianem Szkoły Orląt Grunwaldzkich.

Poniżej możecie obejrzeć wnętrza hotelu górskiego Zur Teichmann-Baude z lat międzywojennych. Autorzy nieznani, źródło: www.dolny-slask.org.pl, www.fotopolska.eu















8 miejsc, w których warto spróbować pierogów

15.3.18
Pierogi ruskie, z mięsem, z kapustą i pieczarkami… Pierogi na słodko (np. z truskawkami) lub w unowocześnionej wersji (ze szpinakiem lub ricottą)... Pielmieni, ravioli, wonton… Któż nie lubi tego dania?

Historia pierogów sięga daleko w przeszłość, zaczyna się podobno wcale nie w staropolskich kuchniach, lecz w … Chinach (tak, właśnie tam, miały farsz z pekińskiej kapusty i do dzisiaj przygotowywane są na przyjęcia, na których Chińczycy witają Nowy Rok).

My jednak nie musimy mieć kompleksów, bo i u nas sporą tradycję pierogi mają, a kreatywność współczesnych kucharzy nie ma sobie równych i poza tradycyjnymi smakami mamy już tyle ich rodzajów, że nie sposób zliczyć.

A gdzie zjeść pierogi na Dolnym Śląsku? Nasz subiektywny wybór kilku miejsc prezentujemy poniżej, doskonale jednak wiemy, że nie wyczerpuje on nawet części lokali, w których pierogi są na naprawdę wysokim poziomie. Dlatego też – piszcie w komentarzach i zachwalajcie inne miejsca z doskonałymi pierogami w różnych smakach i odmianach.


Na początek pierogi, których już nie spróbujecie. Bardzo dobre, a jednocześnie prosto przyrządzone pierogi ruskie zjedliśmy w wałbrzyskim Harcówce. To bardzo ciekawe miejsce, bo to takie typowe schronisko (formalnie "dom turysty") ale położone w miejskim parku. Pierogi wprawdzie pływały w maśle, co mogłoby niektórych odstraszyć, jednak naprawdę były bardzo, bardzo dobre. Obecnie Harcówka przechodzi remont – na pewno sprawdzimy, czy po zmianie właściciela będzie można zjeść jeszcze tak pyszne ruskie!


Jednym z ulubionych miejsc na pierogową ucztę jest też dla nas Chata Ducha Gór i to nie tylko dlatego, że znajduje się w Szklarskiej Porębie. Pierogi tam podawane mają idealnie cienkie ciasto i maksymalnie dużo dobrze przyprawionego farszu. Serwowana porcja jest dość spora, a nie uderzy nas mocno po kieszeni, jeśli więc czujecie wielki głód pierogów – śmiało zaglądajcie.


Dla tych, którzy zamiast tradycyjnych ruskich woleliby zjeść pierogi w nieco odświeżonej wersji, dobrą propozycję ma także nieodległa Jelenia Góra. Śmiało polecić możemy Sofę, w której dostać można pierogi z sosem pomidorowym, z delikatnym lekkim nadzieniem, w którym znajdziemy ser mozzarella, parmezan, ser żółty i suszone pomidory.


Lekkie i delikatne były też te, których próbowaliśmy w Polanicy-Zdroju, w restauracji o jakże prostej nazwie "Polskie Smaki", doskonałe ciasto wypełniał farsz z gęsiny, całość zaś ułożona była na musie z jabłek i chrzanu. Pycha!


Nową, świeżą odsłonę pierogów ma dla nas także Gluten Appetit, w którym to lokalu szpinakowe nawet kolor mają zielony, a ich smakowi trudno coś zarzucić. Poza nimi także w wersji z kaszą gryczaną lub na słodko – jak kto woli.


Zdecydowanie jedne z najlepszych pierogów, jakie jedliśmy, podano nam w świdnickiej restauracji Rynek 43. Pierożki były w przepysznym sosie z soczewicy, stanowiły jednak jeden ze specjałów miesiąca, które jak sama nazwa mówi co miesiąc się zmieniają. W obecnym menu znajdziecie pierogi z soczewicą, boczniakami i sosem z roszponki.


Znudziły Wam się już nasze polskie pierogi? To może spróbujecie pielmieni w Lvivie. Niewielkie pierożki z mięsnym farszem smakują dobrze zarówno w rosole, jak i bez niego, w towarzystwie na przykład kwaśnej śmietany. Te Lvivskie są naprawdę na naszym wrocławskim rynku kulinarnym wyjątkowe i jeśli chcecie spróbować ukraińskiego specjału, koniecznie tam zajrzyjcie.


A może Gruzja? Obecne w gruzińskiej kuchni chinkali z pewnością dla niejednego z Was już jest, a dla wielu jeszcze będzie, prawdziwym przysmakiem. Elastyczne, niezbyt grube ciasto wypełnione pikantnym rosołem (czasami z dodatkiem świeżych ziół) oraz – przede wszystkim – smacznym mięsem nie w każdym jednak miejscu smakuje dobrze, wiele zależy od sposobu przyrządzenia. My lubimy te we wrocławskiej Chinkalni.

A Wy gdzie zwykle jadacie pierogi?
Obsługiwane przez usługę Blogger.