Featured

12/recent

100 lat temu | Kawiarnie zdrojowe

21.5.20
Gdy ucichły wystrzały I wojny światowej uzdrowiska zaczęły się zmieniać równie szybko jak otaczający je świat. Coraz mniej było w nich strojnych dam i eleganckich panów, a coraz więcej ludzi, dla których pobyt w uzdrowisku był medyczną potrzebą, a nie towarzyską rozrywką. 

Infrastruktura uzdrowiskowa powstała na początku XIX i XX wieku dla europejskich elit, które odwiedzały dolnośląskiego uzdrowiska, po I wojnie światowej zaczęła służyć także klasie średniej. Romantyczne zdroje z belle epoque zaczęły się stawać nowoczesnymi i eleganckim kurortami. Przyjeżdżano tu już nie tylko dla odpoczynku, ale także coraz częściej w celach medycznych. Pobyty stawały się krótsze, ale za to bardziej intensywne.

W XIX wieku wyjeżdżano do uzdrowisk często na cały sezon, a przynajmniej na parę miesięcy. Teraz pobyty liczono już tygodniach. Jeszcze większą zmianę przeżyły dolnośląskie uzdrowiska po II wojnie światowej. I nie chodzi tu tylko o fakt, że spod niemieckiego zarządu trafiły w polskie ręce. Zmieniła się przede wszystkim grupa, jaka odwiedzała zdroje.

Teraz byli to zwykli robotnicy i urzędnicy, kierowani tu przez ubezpieczalnie. Nie spędzali oni już całych dni w uzdrowiskowych restauracjach, które były zbyt drogie na ich kieszeń. Dużo lepiej miały miały się kawiarnie i bary, gdzie wpadano na małą przerwę między zaplanowanymi zabiegami i stołówkowym żywieniem. Podobnie jest i dziś, w większości zdrojów dużo łatwiej jest znaleźć miłą i sympatyczną kawiarnię, niż restaurację z dobrym jedzeniem. Wszak nadal wszystkie uzdrowiska oferują pobyty prawie wyłącznie w zestawie z 3 pełnymi posiłkami.

I dziś, i kiedyś kawiarnie w uzdrowiskach były różne. Jedne mniejsze, inne większe, jedne stawały się znane i przyciągały kuracjuszy przez lata, inne padały po jednym sezonie zmieniając właściciela lub zamykając się na stałe. Po 1945 roku w większości dawnych niemieckich lokali otworzyły się polskie kawiarnie. Prawie zawsze była wśród nich ta jedna i... najważniejsza, zlokalizowana w pijalni czy głównym domu zdrojowym, nazywana - jakże by inaczej - po prostu "Zdrojową".





Obecna kawiarnia Zdrojowa w Polanicy-Zdroju mieści się w budynku Pijalni Wód, w jej południowo-zachodniej części, połączonej z budynkiem Teatru Zdrojowego. To sąsiedztwo nie pozostało bez wpływu na ten lokal, nosił on bowiem w dawnych czasach nazwę Theatercafe.

Kawiarnia rozpoczęła swoją działalność pod nazwą Helene w 1911 roku. Pierwsza nazwa nawiązywała bezpośrednio do miejsca, w którym ją ulokowano. Był to powstały w ciągu niecałych 2 lat kompleks złożony, poza wspomnianą kawiarnią mogącą pomieścić nawet sto osób, z pijalni wód, zamkniętej hali spacerowej oraz części noclegowej (60 miejsc) i kuracyjnej (36 kabin kąpielowych). Aby go wybudować trzeba było rozebrać jedną willę i stary pawilon zdrojowy.

Ale wtedy nikt nie przejmował się kosztami, był to złoty okres polanickiego zdroju, który zapoczątkowało przejęcie uzdrowiska w 1904 roku przez wrocławską spółkę pod przewodnictwem radcy handlowego Georga Haase, znanego właściciela kilku browarów. Już w 2 lata przejęciu uruchomiony został najnowocześniejszy wtedy na Śląsku luksusowy dom zdrojowy (dzisiejsza Wielka Pieniawa), a po kolejnych trzech - przystąpiono do dalszej rozbudowy uzdrowiskowej infrastruktury tworząc wspomniany kompleks, który otrzymał nazwę Helenenbad, czyli Łazieniek Heleny.

Łazienki Heleny to budynek o klasycystycznych i secesyjnych cechach, który do dziś zachował swój pierwotny charakter. Jednak poza kawiarnią i restauracją Zdrojowa dzisiaj znalazło się w nim jeszcze miejsce na 4 inne lokale, kilka sklepików, salę konferencyjną oraz biura zarządu uzdrowiska. Nie zmieniło się jednak to, że z letniego ogródka Zdrojowej możemy jednak nadal podziwiać centrum polanickiego parku zdrojowego, a wewnątrz zobaczyć stworzone przed ponad stu laty z wielkim rozmachem sale. Prawie codziennie odbywają się tutaj dancingi, jeśli więc chcemy coś zjeść, a kuchnia - w tzw. domowym stylu - jest tego jak najbardziej warta, to koniecznie trzeba to zrobić wcześniej.


Restauracja Kawiarnia Zdrojowa
Polanica-Zdrój: Parkowa 2 (przy wejściu do parku, obok Teatru Zdrojowego)
codziennie od 10 do 22
100-120 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: lipiec 2018







Podobnie jak w Polanicy, w Cieplicach (kiedyś samodzielne miasto, obecnie dzielnica Jeleniej Góry) kawiarnia Zdrojowa również sąsiaduje z Teatrem Zdrojowym. Jednak kawiarnia, określana tu mianem Pałacu Zdrojowego i Teatr Zdrojowy, które dziś tworzą jeden kompleks, powstały w różnych okresach.

Klasycystyczny Pałac Zdrojowy, nawiązujący do willi z czasów antycznych wybudowano na sam koniec XVIII wieku według projektu wrocławskiego architekta Carla Gottfrieda Geisslera. Jest tak ogromny, że znalazło się w nim miejsce na salę koncertową, czytelnię, salon gier towarzyskich, palarnię cygar i restaurację. Do dziś funkcjonuje tam tylko ta ostatnia, jako kawiarnia Zdrojowa otwierana głównie na wieczorne dancingi.

Nieraz można jednak dostać się tam chwilę wcześniej i wypić zimne piwo lub gorącą kawę. My szczególnie polecamy to drugie, gdyż podawana tam kawa - mielona, zalana wrzątkiem, w szklance z kostkami cukru obok - zapewne wielu z Was przypomni sobie wtedy lata młodości w Polsce Ludowej.

Stojący obok Teatr Zdrojowy powstał dopiero ponad 30 lat później. Projekt zamówiła rodzina Schaffgotschów u legnickiego architekta Alberta Tollberga, który stworzył budynek wzorując się na berlińskim projekcie Schinkla z wystrojem w stylu empire. Teatr początkowo służył tylko rodzinie i zaproszonym gościom, dopiero w połowie XIX wieku został udostępniony szerszej publiczności. Potem jego losy były różne. Na szczęście w ostatnich latach przywrócono mu dawną świetność. Teatr posiada zachowany historyczny wystrój ciesielski widowni w postaci balkonów, lóż, kolumn, pilastrów, balustrad oraz drewnianego sufitu, na którym znajdują się zabytkowe malowidła. Dziś działa tu jeleniogórski Teatr Animacji.



Kawiarnia Zdrojowa
Jelenia Góra Cieplice: Park Zdrojowy
codziennie oprócz poniedziałków od 14 do 22
100-120 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: styczeń 2019







Kawiarnie zdrojowe powstały oczywiście nie tylko w największych zdrojach, ale także te mniejsze często mogły i często nadal mogą pochwalić się ciekawymi obiektami. W Długopolu-Zdroju, które jest jednym z najmniejszych uzdrowisk w Polsce, panuje zazwyczaj spokój i niczym nie zakłócona harmonia. To idealne miejsce na długie i spokojne spacery, a kuracyjne przechadzki od zawsze znajdują przecież zakończenie w różnych uzdrowiskowych lokalach gastronomicznych.

Obecnie w samym Długopolu-Zdroju można udać się przede wszystkim na kawę. Kawiarnia działa w Domu Zdrojowym (chociaż obsługuje głównie imprezy i nieraz jest nieczynna nawet w oficjalnych godzinach otwarcia), w sanatorium Dąbrówka, dawnej kolumnadzie spacerowej i... dawnym kościele ewangelickim.

Dzisiejsza kawiarnia Zdrojowa w Długopolu zachowała wystrój z drugiej połowy XX wieku i organizuje większość imprez uzdrowiskowych, jak chociażby wieczorki zapoznawcze, dancingi i koncerty. Kawiarnia mieści się w dawnej kolumnadzie spacerowej wybudowanej w samym sercu parku zdrojowego.

Pierwszy budynek powstał w tym miejscu na początku XIX wieku i był wykorzystywany do spacerów przy brzydkiej pogodzie. Dla wygody i przyjemności kuracjuszy wewnątrz hali, dokładnie w miejscu dzisiejszej kawiarni, działa wtedy cukiernia. Można było w niej nabyć między innymi kruche wafelki o charakterystycznym okrągłym kształcie, które pojawiły się w połowie XIX w Europie i od razu zostały ulubionym deserem gości długopolskiego kurortu. Dobrze komponowały się z aromatyczną kawą, a nawet z wyrazistym smakiem leczniczych ziół.

Pierwszy budynek hali spacerowej nie przetrwał jednak do dzisiejszych czasów. Obecny drewniany budynek krytej hali spacerowej wzniesiono około 1915 roku. Jego front całkowicie przeszklono. W części północnej, po lewej od wejścia, ulokowano kawiarnię (na miejscu dawnej cukierni), a w części południowej (po prawej od wejścia), podobnie jak wcześniej, działalność rozpoczęła pijalnia wód mineralnych oraz biblioteka z czytelnią. Ten układ funkcjonalny pomieszczeń pozostał do dziś, gdyż zabudowania uzdrowiska nie ucierpiały w trakcie II wojny światowej, ani w późniejszym okresie.


Kawiarnia Zdrojowa
Długopole-Zdrój: Wolna 2 (Park Zdrojowy)
codziennie od 18 do 22
50-60 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ostatnia wizyta: luty 2018



c.d.n.

Czy warto oglądać reklamy? | La Fileja | Wrocław

14.5.20
Jak trafiamy do miejsc, które opisujemy? Oczywiście nieraz przyjeżdżamy na zaproszenie właściciela, zdarzają się polecenia od Czytelników tego bloga, ale najczęściej... trafiamy przypadkiem. 

Blog Smaki Dolnego Śląska powstaje przy okazji przygotowywania materiałów do kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. A każdy taki dzień przygotowań, to przynajmniej obiad (a nieraz i śniadanie, choć to zazwyczaj jest w miejscu noclegu) i przynajmniej raz (a czasami i dwa razy) coś słodkiego. A takich dni na jeden numer przypada nierzadko i kilkanaście!

Oczywiście nieraz (no, może trochę częściej niż nieraz) wybieramy miejsca, które już znamy, które przypadły nam do gustu, w których wiadomo, że po raz kolejny będzie pysznie. Od czasu do czasu jednak zwróci naszą uwagę coś nowego. 

Zaczyna się zazwyczaj od ciekawego szyldu, potem szybkie studiowanie menu (bardzo popieramy wywieszanie menu przy drzwiach, bardzo to lubimy!) albo rzut oka na witrynkę (to przede wszystkim przy deserach bardzo skutecznie zachęca). Jeśli wszystko wygląda fajnie, następny krok to spojrzenie, jak tam jest w środku, czy miło, przytulnie, czy są jakieś intrygujące zapachy, czy jest... czysto(!). I co tam widać na talerzach innych gości. A gdy wszystko wygląda i pachnie dobrze, można już wygodnie usiąść i... zamawiać!

Ostatnie dwa miesiące nie pozwalają nam jednak w taki sposób dokonywać wyboru! Nie można zajrzeć, nie można podejrzeć ukradkiem, co jedzą inni goście. Trzeba albo skorzystać z miejsc sprawdzonych, albo zaufać reklamom. I parę razy ostatnio reklamom zaufaliśmy! I wcale nie było źle. 

Jedno z takich "miejsc", które dziś opisujemy, a które poznaliśmy dzięki reklamie, była manufaktura ravioli i makaronów La Fileja, która twierdziła, że może uszczęśliwić każdego miłośnika glutenu. Bardzo odważne! Zrobiliśmy jeszcze mały rzut oka na komentarze w sieci i... zdecydowaliśmy się powiedzieć "sprawdzam". 

Co zamówiliśmy? Na początek zestaw degustacyjny złożony z pięciu rodzajów ravioli: Oliwka Migdał, Wegańskie (z pieczoną marchwią, cebulą i chilli), Twarożek z ziołami, Suszony pomidor z kaparami i ricottą oraz Szpinakowe (również z ricottą). Prezentowały się bardzo kolorowo i przede wszystkim smakowały wyśmienicie. Każdy inaczej i aż trudno było wybrać najlepsze, choć na delikatne prowadzenie wysuwa to z pieczoną marchwią i chili. I - co dla tych, co bardziej wolą próbować niż gotować - wystarczy tylko wrzucić do wrzątku.

Na drugi dzień wybraliśmy kibiny mazurskie, czyli pierogi z kruchego ciasta z nadzieniem z białej kiełbasy. One niestety wymagały pewnej pracy, bo trzeba je najpierw posmarować roztrzepanym żółtkiem, a potem na niecałe pół godziny wstawić do piekarnika. Są jednak tego warte. Smaczne i bardzo sycące. Porcja na trzeci dzień czeka jeszcze na spróbowanie.



A tak wyglądało na reklamie:


Schlesisches Himmelreich / Śląskie niebo

7.5.20
Często opiewane, często gotowane i ponad wszelką miarę lubiane: to jest śląskie niebo! Każdy Ślązak zna tę potrawę, która składa się z suszonych owoców, mięsa i klusek. 

Tak autorka niemieckiego bestsellera kulinarnego o kuchni śląskiej, Marie-Luise Neumann, opisuje Schlesisches Himmelreich, czyli po polsku "śląskie niebo": potrawę ostatnio przez wielu celebrytów kulinarnych wspominaną i wychwalaną jako prawdziwy smak dawnego Dolnego Śląska. Ponoć przepis na to danie jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, z matki na córkę, z córki na wnuczkę... I to tylko dlatego nadal możemy cieszyć się jego niebiańskim smakiem.

Schlesisches Himmelreich / fot. Rob1977
Długo zastanawialiśmy się od czego zacząć ten nowy rok na naszym blogu. Schlesisches Himmelreich jest na pewno jedną z bardziej charakterystycznych dolnośląskich potraw. Ale czy tą najbardziej dolnośląską? Może swoją popularność zawdzięcza nie znakomitemu smakowi, ale przede wszystkim chwytliwej nazwie?

Niemniej jednak danie to znalazło swoje miejsce na aktualnej ministerialnej liście produktów tradycyjnych województwa dolnośląskiego. Lista ta aktualizowana jest co roku, figuruje na niej już ponad 1300 pozycji, jednak stosunkowo niewiele, bo zaledwie trochę ponad czterdzieści, z województwa dolnośląskiego. Jest tutaj zgorzelecki ser wywodzący się z tradycji kulinarnych osiadłych tu po wojnie domowej greckich uchodźców, przywieziona z Wołynia do Niemczy receptura wytwarzania marynowanej słoniny czy łemkowski kompot z suszu. Jest też, naprawdę historyczne danie dawnych niemieckich mieszkańców tych ziem - Schlesisches Himmelreich.

Niemieckie Schlesisches Himmelreich, tłumaczone zazwyczaj jako śląskie niebo - chociaż spotkaliśmy także określenie śląski raj czy śląski przysmak. Mimo wszystko to tak naprawdę niezbyt wyszukana potrawa, co oczywiście wcale nie znaczy, że nie jest smaczna. Składa się na nią gotowana lub peklowana wieprzowina - przeważnie szynka lub schab - oraz sos z suszonych owoców. Właściwie nic trudnego, może warto spróbować zrobić samemu?

Tak nas nawet zaciekawiło - ile z Was, jak wskazują statystyki bloga nawet ponad tysiąca czytelników - też gotuje? I nie mamy tu oczywiście na myśli jajka na twardo czy tosta włożonego do opiekacza. Mamy nadzieję, że przynajmniej część - bo w tym roku zamierzamy także podać kilka przepisów - jak to piszą zazwyczaj - "do samodzielnego wykorzystania".

Schlesisches Himmelreich / fot. SPBer (cc-by) 
Chcemy także, poza kolejnymi ciekawymi lokalami do odwiedzenia, pokazać Wam coś więcej, napisać trochę o jakże skomplikowanej historii kulinarnej naszego regionu, która nie w każdym miejscu zmieniła się całkowicie wraz z wymianą ludności w 1945 roku. Chcemy zająć się tradycją i historią kulinarną, odwiedzić miejsca, w których wprawdzie dziś już nic nie spróbujemy, ale które kiedyś tętniły życiem. Opowiedzieć historię różnych smaków Dolnego Śląska, nie tylko tych współczesnych.

Nie znaczy to wcale, że rezygnujemy z tego, co wypracowaliśmy przez ostatni rok. W czwartki nadal będziemy starali się pokazywać kolejne warte wypróbowania miejsca w naszym regionie, jednak tu szczególnie liczymy na Waszą pomoc! Nie tylko na komentarze, choć są one bardzo cenne, a nieraz pozwalają poznać dane miejsce z zupełnie innej strony, ale także na Wasze własne recenzje miejsc, do których nam nie udało się dotrzeć, a które warte są odwiedzenia. A może powiecie nam, gdzie warto jeszcze się wybrać? Albo podacie jakiś przepis na coś, co tylko na Dolnym Śląsku można znaleźć?

Bo z przepisami nie jest wcale tak łatwo. Nie zawsze wystarczy wpisać odpowiednie słowo w wyszukiwarkę. Chociażby ustalenie przepisu na śląskie niebo wcale nie jest proste. Kiedy Magda Gessler przeprowadzała kuchenne rewolucje w Bolesławcu, podała śląskie niebo w wersji wędzone, z suszonymi gruszkami i morelami, zatopione w zredukowanej śmietance zmieszanej z klarowanym masłem oraz cukrem. Jednak przepis ów wzbudził wiele kontrowersji. Na pewno nie można go było nazwać klasycznym, choć w sumie to chyba nikt nie wie, jak taki klasyk powinien wyglądać.

Pierwszy problem pojawia się już przy mięsie. Powinna to być wędzona lub peklowana wieprzowina - schab lub szynka, według niektórych tylko gotowana i pieczona. Na ministerialnej liście produktów regionalnych znajdujemy jeszcze inną propozycję - ma być to połączenie kasslera i boczku. Kassler to rodzaj wędzonej wędliny wyrabianej z peklowanego schabu, karkówki lub szynki, smażonej, pieczonej lub gotowanej.

Tak wygląda prawdziwy kassler wieprzowy / fot. Alpha (cc-by-sa) 
Pamiętać trzeba, że w dobie braku lodówek i zamrażarek sam proces wędzenia mięsa był bardzo popularny. Wędziło i przetrzymywało się mięso na strychach lub w spyrnikach - specjalnych drewnianych szafkach do przechowywania żywności. Tak przygotowane mięso mogło być przechowywane nawet do trzech lat.

I właśnie takie trafiało kiedyś do śląskiego nieba. Jak pisze Wera Sztabowa w "Krupniokach i moczce, czyli gawędach o kuchni śląskiej" potrawa ta powstała w wyniku gotowania i odpowiedniego przyprawienia uwędzonego mięsa. Namoczone, następnie ugotowane i przyprawione, z sosem z suszonych owoców i kluskami było daniem urozmaicającym codzienną kuchnię. Świątecznych dni w roku było bowiem niewiele, natomiast dni zwykłych o wiele więcej. Co wtedy gotować? Nad tym łamią sobie głowy gospodynie nie od dziś. Czas przypomnieć kilka prostych dań obiadowych, typowo śląskich. Oprócz podrobów jadało się na Śląsku w zwykły dzień także inne mięsa, lecz już nie w takiej ilości, jak w dni świąteczne. Przeważnie w połączeniu z jarzynami lub suszonymi owocami.

To właśnie to przygotowania sosu potrzebujemy suszonych owoców. Mogą to być jabłka w plasterkach, śliwki, gruszki i morele w połówkach. Wszystkie moczymy w wodzie przez całą noc. Następnego dnia wieprzowinę gotujemy w słonej wodzie około godziny i po wymieszaniu z namoczonymi owocami jeszcze raz zagotowujemy. Przygotowany sos, w zależności od wariantu potrawy, doprawiamy do smaku cukrem, solą, cynamonem, utartą skórką i sokiem z cytryny. Nieraz stosuje się jeszcze zasmażkę z mąki i masła lub powidła śliwkowe, aby sos dodatkowo zagęścić.

Wejście na jarmark z okazji Johannisfest (odpowiednik naszego jarmarku
świętojańskiego) na dawnych terenach wystawowym (obecne ZOO) we Wrocławiu
w 1929 roku. Na górze nad misą widoczny napis "Schlesisches Himmelreich".
Mięso kroimy w grube plastry lub dzielimy na duże kawałki. Polewamy sosem i ozdabiamy owocami. Podajemy - i tu znowu mamy kilka wersji - według niektórych z kluskami na parze, a według innych z kluskami kładzionymi i a nawet - to już chyba ze względu na bliskość czeskiej granicy - z knedlami.

Ta "czeska" bliskość zasadniczo nie powinna dziwić, bo najstarsze wzmianki o tym daniu pochodzą z okolic dawnego Grafschaft Glatz (Hrabstwa Kłodzkiego). W wydanej w 2007 roku "Grafschaft Glatzer Kochbuch" (Książka Kucharską Hrabstwa Kłodzkiego) zawierającej zebrane przepisy dawnych mieszkańców tych ziem zaprezentowano śląskie niebo w dwóch wersjach - podstawowej i pochodzącej z Bystrzycy Kłodzkiej (Schlesisches Himmelreich aus Habelschwerdt).

Gdzie dziś najlepiej wybrać się na śląskie niebo? Według nas - do przygranicznego Görlitz. Mimo że tak właściwie to już środkowe Łużyce, jednak związek ze Śląskiem jest tam mocno podkreślany. Na posiadającej skądinąd niemało uroku starówce w prawie każdej knajpce będziemy mogli spróbować Schlesisches Himmelreich. Mimo że potrawa do wyszukanych nie należy to trzeba się przybywać na wydatek przynajmniej kilkunastu euro.

Schlesisches Himmelreich z knedlami w Patrizierhaus St. Jonathan w Görlitz
fot. Janos Korom Dr. (cc-by-sa) 
Może więc jednak da się spróbować śląskiego przysmaku po polskiej stronie Odry? Okazuje się, że na Dolnym Śląsku wcale to nie będzie takie łatwe. Jak nam podpowiedzieli czytelnicy naszego fanpage na Facebooku, poza wspomnianym już przy kuchennych rewolucjach "Pod Złotym Aniołem" w Bolesławcu można też zajrzeć na śląskie niebo do "Wrocławskiej" w stolicy regionu, gospodarstwa agroturystycznego "Skowronki" koło Lądka-Zdroju czy "Browaru Miedzianka" w Janowicach Wielkich. A także poszukać na Górnym Śląsku, mimo że większość autorów książek kucharskich wskazuje to danie jako charakterystyczne dla Śląska Dolnego i Opolskiego, a nie Górnego.

Mamy jednak nadzieję, że nieważne gdzie zdecydujecie się spróbować Schlesisches Himmelreich, będzie Wam smakować, bo połączenie smaków - słodko-kwaśnego sosu i lekko wędzonego mięsa - nie jest wcale tak standardowe jak można by to sobie wyobrażać. Mamy też nadzieję, że podzielicie się z nami opinią na ten temat, a przede wszystkim, że nas znowu odwiedzicie i polubicie kolejne wpisy. Do przeczytania!

Sposób na pandemię | Chlebusik | Wrocław

30.4.20
Pamiętacie piekarnio-winiarnię Nieinna we Wrocławiu? Można tu było nie tylko zakupić dobre pieczywo, ale także zjeść pyszne śniadanie. I była to oferta nie tylko dla rannych ptaszków, ale także dla śpiochów, bo śniadania serwowano aż do godziny 14.

Pomysłem na Nieinną było własne, wypiekane na miejscu pieczywo, które wykorzystywano zarówno do przygotowywania smacznych śniadań, jak i do przekąsek, idealnych do próbowania po południu i wieczorem jako dodatek do kieliszka wina lub kufla piwa. W ofercie było całkiem sporo różnych chlebów wypiekanych z mąki z Jordanowa i z młyna Skokowa, a także mnóstwo słodkich wypieków, jak rogale czy drożdżówki.

Przy znajdującym się na Więziennej lokalu otwierano w ciepłe dni ogródek, a więc można było zjeść śniadanie lub spotkać się przy winie z przyjaciółmi w otoczeniu urokliwych budynków wrocławskiego starego miasta. Ci, którzy czasu mieli mniej, mogli zakupione na miejscu chleby, chałki, drożdżówki czy rogale zabrać do domu. W zeszłoroczne wakacje piekarnia wyszła naprzeciw wszystkim, którzy kupowali pieczywo do domu i wystartowała z nowym projektem. Był to Chlebusik, czyli food-truck, który po wrocławskich osiedlach rozwoził pachnący chleb, bagietki, chałki, rogale i drożdżówki.



Przez długi czas Chlebusik był "opcją dodatkową", jednak, jak wszyscy doskonale wiemy, od prawie dwóch miesięcy nie możemy już pójść na śniadanie na miasto i w ten sposób Chlebusik stał się "produktem podstawowym". Po zakończeniu epidemii, jak zapowiada właściciel, Nieinna nie otworzy się już w tym samym miejscu, przeniesie się, aby działać razem z jego drugim lokalem, czyli Motylą Nogą. Teraz jednak w Motylej funkcjonuje tylko kuchnia, w której codziennie wypiekane są ogromne ilości pieczywa. Bo Chlebusik nie jest już tylko jeden - od marca kursują dwa dodatkowe, a czwarty przybył w kwietniu.

Obecnie Chlebusiki można spotkać na wrocławskich osiedlach według harmonogramu, który publikowany jest na Fecebooku. Codziennie każdy z samochodzików odwiedza 3 albo 4 miejsca i w każdym stoi od 60 do 90 minut czekając na klientów. A tych jest niemało, co chyba najlepiej świadczy o dobrej jakości produktów. Tak dobrych, że niejednokrotnie zdarza się, że niektóre ostatnie "miejsca postojowe" są odwoływane, bo wszystko wyprzedało się wcześniej.

Co można kupić w Chlebusiku? Przede wszystkich chleby wypiekane według tradycyjnych receptur. Poza zwykłym żytnim czy razowo-żytnim, są bochenki z rozmaitymi dodatkami - z morelą, z czarnuszką, z boczkiem i chili, z orzechami, z żurawiną, z suszonymi pomidorami i oliwkami, z chrzanem, z czosnkiem niedźwiedzim. Można też zakupić bułki żytnie i maślane, drożdżówki, a także - najbardziej przez nas ulubione - rogale z ciasta francuskiego dostępne w 4 wariantach na słodko - z nutellą, z różą, z kokosem, z białym makiem oraz wytrawne - z nadzieniem z pierogów ruskich. Te ostatnie polecamy na ciepło. Pycha!





Chlebusik
Wrocław: foodtruck (4), różne lokalizacje każdego dnia
codziennie między 11 a 17, sprzedaż tylko na wynos
cena chleba od 6 zł, rogal lub drożdżówka 6 zł
ostatnia wizyta: kwiecień 2020

Wielkanoc na Dolnym Śląsku

9.4.20
Dziś postaramy się Wam opowiedzieć o smakach Wielkanocy na Dolnym Śląsku. Oczywiście mówienie o kuchni dolnośląskiej czy o regionalnych potrawach Dolnego Śląska nie jest łatwe. Jakie miałyby to bowiem być potrawy? Z którego okresu historycznego, z czasów której przynależności państwowej? 


Aby uniknąć nieporozumień, często wskazuje się, że dolnośląska kuchnia jest po prostu swoistym konglomeratem kuchni jej mieszkańców. Tych dawnych i tych, którzy przeprowadzili się tutaj po II wojnie światowej. Znajdziemy w niej tradycyjne potrawy niemieckie i czeskie, rozmaite dania kuchni kresowej oraz jedzenie charakterystyczne dla Polski centralnej.

Czasami te przeróżne tradycje próbuje się łączyć w jedno, a efekty bywają naprawdę ciekawe - jak na przykład w wypadku opisywanych na naszym blogu przepysznych i jedynych w swoim rodzaju pączków wrocławsko-lwowskich (Tłusty czwartek we Wrocławiu). Okazją do przetestowania różnorodnych smaków i udowodnienia odmienności dolnośląskich zwyczajów i kulinariów są okresy świąteczne, w tym m.in. Święta Wielkiej Nocy.

Chrześcijańska tradycja ma się w naszym regionie całkiem dobrze, o czym świadczy m.in. wielość organizowanych „okołowielkanocnych” jarmarków i dbałość o przestrzeganie określonych zwyczajów (chociażby związanych z niedzielą palmową) i obrzędów. O niektórych pisaliśmy w naszych Marcowych Smakach.

Poza nimi jednak Wielkanoc widoczna jest także na talerzach. Co w związku z tym znajdziemy na wielkanocnych stołach w dolnośląskich domach? Przede wszystkim białą kiełbasę, która jest tradycyjnym przysmakiem nie polskim, a niemieckim właśnie. Jednak jeśli przyjrzeć się składnikom okazuje się, że ta polska z niemiecką aż tak wiele wspólnego nie mają.

Niemiecka biała kiełbasa podana ze słodką musztardą
fot. Beat von Strein (cc-by-sa)
Wersja niemiecka to nietrwała, silnie rozdrobniona kiełbasa, przygotowana z mięsa cielęcego z dodatkiem słoniny w naturalnym cienkim jelicie wieprzowym (co jest niezmiernie istotne). Skład polskiej białej kiełbasy jest nieco odmienny, u nas bowiem podstawowy farsz tworzy mięso wieprzowe (rzadziej wołowe) oraz przyprawy (czosnek, majeranek, pieprz). Niemcy doprawiają swoją białą kiełbasę cebulą, pietruszką, gałką muszkatołową i skórką cytryny. Różnica w smaku jest zauważalna.

Chleb okolicznościowy
fot. Jan Klejps / Piekarnia Ulijanka
Innym, często spotykanym w dolnośląskich domach przysmakiem, jest wielkanocny chleb, wypiekany w okrągłej formie (lub walcowatej) i pięknie przyozdabiany (np. warkoczem). Jest to tradycja przywieziona z Kresów. Podobnie zresztą, jak zwyczaj jedzenia na wielkanocne śniadanie smażeniny, czyli serwowanej na gorąco i okraszonej chrzanem mieszanki boczku, szynki, kiełbasy i jajek (przepis na to – dla niektórych może nieco dziwne – śniadanie zamieszczamy poniżej).

Składniki: 400 g przerośniętego boczku wędzonego,
600 g szynki,
450 g swojskiej kiełbasy,
12 jajek na twardo,
2 laski chrzanu,
szczypta startego tymianku,
1 ząbek czosnku
sól i pieprz do smaku. 
Przygotowanie: Najpierw należy pokroić: boczek w kostkę, szynkę w paski, a kiełbasę w plasterki. Wszystko razem wrzucić na patelnię. Kiedy tłuszcz się wytopi, posypać tymiankiem i dodać zmiażdżony czosnek. Po dokładnym przemieszaniu składników na patelni dorzucić pokrojone w talarki jajka i ponownie zamieszać. Następnie, zmniejszywszy pod patelnią ogień, na podsmażone składniki zetrzeć chrzan, dalej smażyć od czasu do czasu mieszając. Na końcu doprawić do smaku solą i pieprzem. Smacznego! 
Na wielkanocnych stołach w naszym regionie nie zabraknie także pasztetów, bez których trudno wyobrazić sobie między innymi staropolską Wielkanoc - choć nie jedynie. Toteż przepisów na nie znaleźć można bez liku. Przygotowywane są z mięsa królika, wieprzowiny, drobiu lub wątróbek. Obecnie coraz częściej spotkać też można wersje bezmięsne, równie smaczne, nie tylko dla wegetarian. Ale tradycyjne to na pewno są te niewegetariańskie.

Mazurki i babki wielkanocne / fot. Magic Madzik (cc-by)
Babka i mazurek to z kolei ciasta, bez których dla wielu z nas nie ma Wielkanocy. Babka jest klasyczna, piaskowa, najprostsza, ale w te święta smakująca zupełnie wyjątkowo. A mazurek? To cała historia i niewyjaśniona do dzisiaj geneza, chociaż badacze kultury skłaniają się ku wyjaśnieniu, że ciasto przywędrowało do nas z Turcji.

W polskiej kuchni mazurek wydaje się jednak być obecny od zawsze. A co to za ciasto? Niski placek wykonany z różnych gatunków ciasta (kruche, biszkoptowe, marcepanowe), obowiązkowo z dodatkiem bakalii (wśród których najczęściej pojawiają się rodzynki, daktyle, figi i skórka pomarańczowa), przeważnie lukrowane.

Tak naprawdę mazurki to pole do popisu i możliwość wyrażenia swojej kreatywności; każdy jest inny, jedyny i niepowtarzalny. I choć niektórzy zżymać się będą, jeśli dodamy doń marmolady czy orzechowej masy (bo tradycja takich dodatków przecież nie przewiduje), ma to być odświętne ciasto, dekoracja wielkanocnego stołu i przysmak stanowiący nagrodę dla tych, co wytrwali w czterdziestodniowym poście, zatem od nas zależy, jak je przyrządzimy. I jak ozdobimy, bo tutaj też nie ma zgodności i jednej recepty: kratka, romby, a może jednolity lukier z orzechami a wierzchu?

Mazurek występuje też w naszym regionie w innej jeszcze, „tarnowieckiej” wersji – jako ciasto drożdżowe, na które kładzie się warstwę sera.

Pisanki / fot. Luba Petrusha (cc-by-sa)
Obok tych słodkości należy wspomnieć także paschę. Przyrządza się ją z niekwaśnego, tłustego twarogu, masła, cukru, żółtek, z dodatkiem bakalii, konfitur, czekolady… Podobnie jak w przypadku mazurków, tak i tutaj jest wiele różnych możliwości.

Na te wiosenne święta obowiązkowe są też oczywiście – a właściwie przede wszystkim - jajka, które są i potrawą, i wielkanocnym symbolem, i ozdobą naszych (nie tylko) stołów. Mają także znaczenie zwyczajowe i obrzędowe. Zalążek nowego życia, symbol siły, miłości i płodności, jako takie czczone na całym świecie, niezależnie od okresu historycznego, kultury.

Na Dolnym Śląsku mamy też regionalne tradycje z jajkiem związane, np. u Łemków. W dzień Wielkanocy matki chrzestne dawały je swoim chrześniakom, w wielkanocny poniedziałek natomiast, rozdając pisanki, dziewczęta wykupywały się od śmigusu.

Warto również pamiętać, że malowane i pisane jajka w okresie paschalnym są przynoszone na groby stanowiąc dar dla tych, którzy odeszli. W ludowych wierzeniach funkcjonują także jako swego rodzaju amulet, który miał odwracać wszelkie nieszczęścia i niweczyć zło.

Świąteczny wielkanocny obiad dzisiaj, podobnie jak w przedwojennym Wrocławiu, często nie może odbyć się bez pysznego rosołu (wówczas zwanego Ostersuppe, czyli zupą wielkanocną właśnie). Jadło się go najczęściej z drobno krojonym makaronem.

Ostersuppe / fot. Maddl79 (cc-by-sa)
Więcej zresztą było w Breslau potraw z Oster na początku, bo poza zupą także chleb (żółty, swoją barwę zawdzięczający szafranowi lub żółtkom), ciasto (bardzo słodkie, z dodatkiem masy migdałowej) i gniazdka wielkanocne (Osterneste).

Wielkanocy z dużą ilością jajek, mięs, kiełbas, wędlin i pasztetów nie byłoby także bez chrzanu. Tutaj również mamy wiele przepisów. Z octem, skórką cytrynową, bez dodatków lub jako element majonezowego sosu. Ponadto także w wersji z ćwikłą, który to chrzan znamy już z pism Mikołaja Reja.

Na Dolnym Śląsku obecne są także łemkowskie zwyczaje, toteż i potrawy dla łemkowskiej kuchni swoiste spotkać można. Na przykład kysylicę, czyli żur łemkowski. Jest gęsta zupa z listkiem bobkowym, zielem angielskim, czarnym pieprzem oraz kminkiem, do której podawane są ziemniaki z omastą z tłuszczu z przysmażoną cebulką. Charakterystyczne są też łemkowskie baby wielkanocne.

Łemkowie również pisanki zdobią na swój sposób. Zwykle pisane wzory są dosyć proste i obejmują krótkie odcinki linii, gwiazdek, słoneczek. Słoneczkami zdobiono bieguny jajka, a przez środek skorupy przebiegał szeroki pas wypełniony gwiazdkami, szlaczkami, wężykami oraz innymi wzorkami i kształtami.

Zanim jednak usiądziemy do świątecznego niedzielnego stołu, wielu z nas w sobotę zajrzy do pobliskich kościołów, do których, również w zgodzie z tradycją, przyniesie koszyczek z przysmakami na wielkanocne śniadanie. Znajdą się w nim przede wszystkim chleb, jajka i kiełbasa, a także sól i dość często również chrzan. Jednak nie tylko. Wszyscy przecież dodajemy malutkiego baranka z ciasta, zajączka z czekolady lub czekoladowe jajeczka. W końcu to święta...




Dekoracje stołów wielkanocnych w Pałacu w Łomnicy
fot. Wojciech Głodek / Przystanek Dolny Śląsk
A co z tym wszystkim wspólnego ma zając? Otóż okazuje się, że to tradycja wywodząca się z XIII wieku z przedchrześcijańskich Niemiec. Wówczas ludzie oddawali cześć kilku bogom i boginiom, wśród nich zaś bogini wiosny i płodności o imieniu Eoster, którą symbolizował królik, zwierzę o wysokim wskaźniku reprodukcji. Tu królik, tu zając, niby podobne, a inne...

Polscy etnolodzy mówią, że tradycja faktycznie starogermańska, ale niewiele ma wspólnego z królikiem. W towarzystwie kur i zajęcy bowiem pokazywała się bogini wiosny Ostara, czasem przedstawiano ją nawet z głową zająca. Ponadto pojawiały się również w symbolice greckich mitów, gdzie występowały w towarzystwie Afrodyty jako symbol odrodzenia i płodności.

Wprawdzie chrześcijańska tradycja ma się do tego nijak i oficjalnie stroni od wiązania Wielkanocy z zajączkiem, my jednak chętnie obok pisanek na wielkanocnym stole właśnie zajączka umieszczamy. A w wielu śląskich domach zajączek pojawia się w niedzielny świąteczny poranek i – gdy wszystkie dzieci jeszcze śpią – zostawia w ogródku świąteczne prezenty...

A co znajdzie się na Waszych stołach? Jakie macie zwyczaje i tradycje?

Podzielcie się nimi w komentarzach lub pisząc na smaki@przystanekd.pl

100 lat temu | Dawne piwiarnie Wrocławia (cz.2)

2.4.20
Dziewiętnasty wiek był dla browarnictwa wiekiem przełomowym. Pierwsza połowa to ustawa o wolności rzemiosła, druga - nowe metody schładzania i słodowania zbóż, to także pionierskie badania nad fermentacją i pasteryzacją.

Tydzień temu opowiedzieliśmy Wam trochę o historii piwa we Wrocławiu, zaś dzisiejszy odcinek chcemy poświęcić chyba najbardziej znanej i prawdopodobnie najstarszej piwiarni w Europie, czyli obecnie nieczynnej już o trzech lat "Piwnicy Świdnickiej". Przyjmuje się, że znajdujący się w podziemiach ratusza miejskiego lokal powstał w 1273 roku, kiedy to wrocławscy rajcy miejscy otrzymali przywilej wyszynku piw spoza Wrocławia. Przywilej ten został ograniczony wyłącznie do piwnic ratusza, stąd też tu stworzono karczmę. Są jednak też inne daty przyjmowane za otwarcie tu karczmy - rok 1303 lub rok 1331.

Początkowo była to prawdopodobnie bardzo ekskluzywna karczma i wpuszczano tam tylko miejski patrycjat. Oczywiście reszta mieszkańców głośno protestowała i ostatecznie lokal stał się dostępny dla wszystkich, jednak trzeba było przestrzegać surowego regulaminu, który zakazywał między innymi palenia, przeklinania, plucia na podłogę czy gry w karty. Co ciekawe, można było natomiast grać w domino. Serwowano tu nie tylko piwo, ale także wino. Ten drugi napój zaczął jednak z czasem ustępować popularności piwa.

Piwo świdnickie, o którym wspominaliśmy tydzień temu, sprowadzono do Wrocławia już około 1300 roku, a jednak karczma w podziemiach ratusza jako "Piwnica Świdnicka" po raz pierwszy występuje w źródłach dopiero w 1418 roku, trudno więc powiedzieć, kiedy pierwszy raz tak ją nazwano. XV wieku był to już jednak czas gdy piwo świdnickie zaczynało być powoli wypierane przez konkurentów. Już na przełomie kolejnego stulecia we wrocławskich gospodach niepodzielnie królował Wrocławski Baran (Der Breslauer Schöps), produkowany w dwóch odmianach Biały Baran (Weißer Schöps) i Czarny Baran (Schwarzer Schöps).

W 1835 roku pojawił się we Wrocławiu nowy rodzaj piwa, tzw. piwo bawarskie, które zrewolucjonizowało piwny rynek. Tym razem jako pierwsza w mieście piwo tego typu podała piwiarnia Gorkauer Keller, która działała w kamienicy w przy ul. Kotlarskiej, tam gdzie dziś znajduje się Chopper Bar. Jednak będący w tamtym czasie właścicielem Piwnicy Świdnickiej Karl Friebe szybko podjął rękawicę i to jego zakład uwarzył pierwsze piwo typu bawarskiego we Wrocławiu. Zaserwowano je oczywiście w Piwnicy Świdnickiej, w dniu 18 grudnia 1837 roku.

Piwnica Świdnicka działa w prawie niezmienionym układzie sal od XV wieku, kiedy to podzielono ją na 10 sal dla gości zajmujących w sumie 900 metrów kwadratowych oraz część kuchenną o powierzchni 780 metrów kwadratowych. Jednak z kuchni Piwnica Świdnicka nigdy za bardzo nie słynęła. Trochę poprawiło się po połowie XIX wieku, kiedy wprowadzono tzw. "śniadania wrocławskie" złożone z piwa, precla kminkowego i knackwursta (kiełbaski wieprzowej z czosnkiem) oraz ciepłe posiłki serwowane w porze obiadowej, czyli między 12 a 14. Menu było jednak raczej skromne i ograniczało się do zupy oraz 2 lub 3 dań mięsnych.

Przez cały XIX wiek i w początkach wieku XX Piwnica Świdnicka pozostała głównie piwiarnią i tak też reklamowali ją jej kolejni właściciele. Mimo, że działania wojenne we Wrocławiu nie uszkodziły Piwnicy, to przez półtora dekady stała ona zamknięta. Potem urządzono w niej klub młodzieżowy, salę kinową, salę bilardową i sale wystawowe. Dopiero po koniec XX wieku Piwnica Świdnicka po kolejnym remoncie odzyskała swą pierwotną funkcję. Niestety nie na długo. Po trwającym kilka lat sporze Urzędu Miejskiego z dzierżawcą lokal ostatecznie zamknięto 29 grudnia 2017 roku.

Zdjęcia pochodzą z serwisów Polska-org.pl i Fotopolska.eu (jeśli nie zaznaczono inaczej, autorzy nieznani).


Fürstensaal (Sala Książęca) 1880

Bürgersaal (Sala Mieszczańska) 1908
Herrenstübchen (Sala Rajców) 1912
Bauersaal (Sala Chłopska) 1915

Fürstensaal (Sala Książęca) 1920
Bürgersaal (Sala Mieszczańska) 1908
Vor-Halle (Przedsionek) 1935
Tonne (Sala Beczka) 1937

Hansekeller (Sala Hanzy) 1937

Corps-saal (Sala Korporacji Studenckich) 1937

Schöffenkeller (Sala Ławników) 1937

Räucherloch (Loch) 1938

Fürstensaal (Sala Książęca) 1938
Artykuł z 1931 roku z okazji 600-lecia Schweidnitzer Keller (Piwnicy Świdnickiej)


Karta dań Piwnicy Świdnickiej z piątku 30 czerwca 1914 roku


Obsługiwane przez usługę Blogger.