Featured

12/recent

Pizza z widokiem na rynek | Piekielny Kupiec | Wrocław

21.9.17
Kto z nas nie lubi pizzy? A jeśli jeszcze jest niedroga, smaczna i oferuje miejscówkę charakteryzującą się przyjemnym dla oka widokiem, to z pewnością będzie popularnym, często odwiedzanym miejscem.

I taki właśnie jest wrocławski Piekielny Kupiec, o którym dzisiaj kilka słów. Ta pierwsza, założona w 1977 roku (!) wrocławska pizzeria, od wielu lat przyciąga tłumy mieszkańców i turystów.

Wprawdzie receptura, smak i nazwy wypiekanej pizzy uległy od tamtego czasu zmianie już kilka razy, jakość pozostaje na niezmienionym wysokim poziomie. Pizza jest przygotowywana na średnio grubym cieście, podawana w jednym tylko rozmiarze (26 cm), w kilkunastu za to smakach. Bardziej amerykańska niż włoska, ale nam (i nie tylko, sądząc po tłumach zadowolonych klientów) bardzo smakuje. Szczególnie Kupiec i Waćpanna, ale wiele innych również zasługuje na uwagę.

Wprawdzie mało kto przychodzi chyba do Kupca na inne niż pizza jedzenie, ale dla porządku warto dodać, że w ofercie także sałatki i zapiekane makarony. Co wśród zalet? Fajne miejsce (pizzeria położona jest w Rynku) i niska cena (pizza kosztuje kilkanaście złotych). Do tego też relatywnie tanie piwo. A wady? Chyba przede wszystkim taka, że trochę jest w Kupcu za mało miejsca.

Ale w końcu zawsze udaje nam się ten wolny stolik znaleźć – spróbujcie i Wy!




Pizzeria Piekielny Kupiec
Wrocław: Rynek 46/47
codziennie od 11:30 do 24
15-20 miejsc, ogródek letni 20-25 miejsc, popołudniu i w dni wolne trudniej o miejsce
pizza 26 cm (niezależnie od rodzaju) - 16 zł, sałatki/makarony - 14/15 zł, piwo od 7,50 za 0,5, kawa od 7 zł, herbata od 6 zł

Czech w Polsce | Česká Beseda | Trzebnica

14.9.17
Z czym kojarzymy czeską kuchnię? Zapewne większość z nas na tak zadane pytanie odpowie, że z knedlikami i smażonym serem. I zarazem będzie, i nie będzie miała racji. Bo pysznych i sycących czeskich dań jest wiele, a knedliki i ser w panierce wcale nie są wśród nich najważniejsze. 


Aby przekonać się, co jedzą Czesi, zajrzeliśmy ostatnio do restauracji Česká Beseda Beseda w Trzebnicy. Oczywiście – zamówiliśmy knedle z gulaszem (te były z ciasta drożdżowego, poza którym do wyrobu knedli Czesi używają również ciasta ziemniaczanego). Danie spełniło oczekiwania z nawiązką – już dawno nie mieliśmy okazji jeść tak smacznego gulaszu (piwnego), zaś knedle smakowały jak u naszych południowych sąsiadów.

Spróbowaliśmy także drobiowych polędwiczek (świeże smaczne mięso, delikatna panierka; polędwiczki nie ociekały tłuszczem, podobnie zresztą jak towarzyszące im frytki – pycha!) podawanych z sałatką morawską, której głównym składnikiem jest czerwona kapusta. Polędwiczki, sałatka i frytki to zestaw zwany "Strakonicky talerz".



Inne jednak danie skradło nasze serca (bo przez żołądek tam właśnie się trafia, jak powszechnie wiadomo). Była nim "Kaczka po szumawsku". Przede wszystkim docenić należy sposób przyrządzenia mięsa. Było delikatne i soczyste (a nie przesuszone, co jest zmorą „restauracyjnych kaczek”), z cudownie przypieczoną skórką.

Przygotowana po szumawsku kaczka nadziewana jest orzechami i owocami marynowanymi w porto. Mięso podane było na cieście filo z karmelizowaną czerwoną cebulą, szafranem i z towarzyszącym kremem z batatów. Danie nie tylko idealnie smakowało – docenić należy też estetykę podania (popatrzcie na zdjęcia!).

"Kaczka po szumawsku" była jednym z dań specjalnych – tych, które nie są stałymi pozycjami w menu Czeskiej Besedy, a stanowią okazjonalne przysmaki serwowane przez szefa kuchni, który z równą pasją gotuje i opowiada o jedzeniu. František Tlach, bo o nim mowa, stworzył autorskie menu, które ciągle udoskonala i chętnie poznaje opinie gości na temat serwowanych dań. Kontynuator rodzinnych tradycji (związki z branżą gastronomiczną sięgają trzech pokoleń wstecz), specjalizuje się nie tylko w typowo czeskiej kuchni, ale także - jej połączeniu z kuchnią tyrolską.

Pan František opowiedział nam o przygotowywanych przez siebie potrawach i stąd wiemy, że czeska kuchnia jest różnorodna i bogata, że na Święta Bożego Narodzenia serwuje się specjalną kiełbasę z rieslingiem, którą się tylko piecze, zaś nie wolno jej gotować i że takim świątecznym też daniem jest opisana wyżej kaczka.

Właśnie w Czeskiej Besedzie to bogactwo czeskiej kuchni można odkrywać, do czego gorąco Was zachęcamy!



W menu znajdziecie poza wspomnianymi tutaj daniami jeszcze chociażby wędzone żeberka piwne z czeską musztardą, ogórkiem i pieczywem, „katŭv šleh” (polędwica wieprzowa, pieczona papryka, kapary, pepperoni i ćwiartki ziemniaków) czy „šumavská topinka”, czyli smażony chleb, jajko i „strugany” ser.

Czeski lokal nie może się obyć bez piwa – gwarantujemy, że i pod tym względem jest w czym wybierać. Na kranach m.in. Poutnik, Regent i Dudak. W karcie pojawiają się także wina – i to czeskie (co dla wielu kojarzących naszych południowych sąsiadów tylko z piwem może być nie małym zaskoczeniem)! Można zamówić Frankovkę (czerwone) czy Veltlinske zelene (białe).

Na pewno jeszcze nieraz do Czeskiej Besedy zajrzymy i polecamy Wam również odwiedziny w tym miejscu.


Česká Beseda
Trzebnica: ul. Tadeusza Kościuszki 18A (róg Prusickiej)
od wtorku do niedzieli od 13 do 22, w piątki i soboty do 24, w niedziele do 21; kuchnia do 21, w niedziele do 20
40-50 miejsc, ogródek letni 20-25 miejsc, strój nieformalny, w niedziele wskazana wcześniejsza rezerwacja
przystawki od 9 zł, dania główne od 23 zł, menu lunchowe (w tygodniu) 19 zł, desery od 8 zł, piwo od 7 zł za 0,5, wino 12 zł za 0,15

Miasto Ogórków | Legnica

7.9.17
Ogórek to warzywo, którego zalety doceniamy w niejednej sytuacji. Świetny na letnie upały tak w chłodniku, jak i serwowany jako dodatek do drinka, znakomity w wersji konserwowej i zdrowy w wersji kiszonej…

Nic więc dziwnego, że w różnych miejscach doczekał się sobie poświęconych imprez i świąt. Takie właśnie święto organizuje Legnica. Już od końca XVIII wieku właśnie ogórek stanowił jeden z bardziej charakterystycznych symboli Legnicy, przez co zyskała miano Gurkenstadt (miasto ogórków).

fot. archiwum UM Legnica
W tym okresie wokół miasta rozwijał się m.in. przemysł przetwórczy: w 1770 roku powstała firma J. Grolicha, w zakładach przy dzisiejszej ul. Stromej mieściła się wytwórnia ogórków kiszonych, konserwowych, marynowanych, korniszonów i kiszonej kapusty. W drugiej połowie XIX wieku przetwórstwem tych warzyw zajęły się inne legnickie firmy, m.in. O. Puchera, E. Peikerta, E. Kukuliesa, później jeszcze G. Sobansky’ego. Organizowano również targi ogrodnicze, na których ogórków też nie brakowało.

W pierwszym latach XX w. Legnica była bodajże najważniejszym producentem tych warzyw nie tylko na Śląsku ale także w całych wschodnich Niemczech. Z tego też czasu pochodzą humorystycznie nawiązujące do tego faktu liczne pocztówki, ukazujące miasto przez pryzmat najprężniej rozwijającej się branży.






W roku 2017 Legnica odwołała się do tej tradycji w dniach 1-3 września, kiedy odbyło się po kilkuletniej przerwie „Święto Ogórka”. Chleb ze smalcem, piwo, muzyka oraz oczywiście ogórki to elementy współtworzące tegoroczny Legnicki Festiwal Piwa połączony ze Świętem Ogórka. Mamy nadzieję, że na stałe wpisze się w tradycję kończących wakacje imprez.











fot. archiwum UM Legnica

5 miejsc na pożegnanie wakacji | Dolny Śląsk

31.8.17
Ostatni dzień sierpnia to dla wielu koniec lata i wakacji. Nawet jeśli nie macie dzieci w wieku szkolnym, to i tak odczujecie zmiany. W pracy wszystko zacznie toczyć się szybciej, znajomi zamiast planować miejsca, do których pojadą, będą dzielić się wrażeniami z miejsc, które odwiedzili.

Kotlina Jeleniogórska widziana z Chojnika / fot. Wiesław Paździorko
Gdzie najlepiej pożegnać wakacje? Nad wodą czy w górach? To dylemat, przed którym staje wielu, na szczęście jednak czasami udaje się to połączyć. My polecamy Wam urocze miejsce wśród podgórzyńskich stawów, tuż pod zamkiem Chojnik z pięknym widokiem na Karkonosze.

Przystań pod Chojnikiem to gospodarstwo agroturystyczne i restauracja, otoczone przez niewielkie stawy i ogród, w którym Wy znajdziecie miejsce do planowania kolejnych górskich wypraw, a Wasze dzieci (jeśli je macie) plac zabaw. Zaś atrakcją, która zainteresuje wszystkich, niezależnie od wieku, będzie na pewno mini-zoo.

Aha, zapomnieliśmy o najważniejszym – jest bardzo smacznie. Polecamy szczególnie pstrąga w z masłem czosnkowym. Pstrągi świeżutkie, przysmażone tak, jak trzeba, do nich zawsze surówki, kto może sobie pozwolić, zamawia i frytki – pycha!

Główna ulica w Szklarskiej Porębie / fot. Wojciech Głodek
Jeśli u podnóża Karkonoszy gór Wam za mało, to jak najbardziej polecamy udać się wyżej. My w odwiecznej rywalizacji Szklarskiej Poręby i Karpacza wybieramy tę pierwszą miejscowość. Po części dlatego, że można dotrzeć do niej jadąc koleją po Dolnym Śląsku, ale przede wszystkim z uwagi na fakt, że nie ma sztucznego i pełnego plastikowych sztućców deptaka. Aczkolwiek dostrzegamy, że i Szklarska Poręba nie oparła się trendom konsumpcyjnym i masa sztampowych upominków również tutaj powoli zajmuje coraz więcej miejsca w ulicznych straganach.

Zaostrzony czystym górskim powietrzem apetyt zaspokoić można w wielu miejscach odmiennych pod względem wystroju, klimatu i oferty dań. Jest smacznie, a wielkości porcji często okazują się nie do pokonania. Warto spróbować pieczonych ziemniaków w Metaforze czy pierogów w Chacie Ducha Gór. A to wszystko popić zimnych piwem od naszych południowych sąsiadów, na które najlepiej wybrać się do karczmy Na Winklu.

Naleśniki z jagodami i koktajl jagodowy pod Śnieżnikiem / fot. Barbara Przybyłowicz
Można też jeszcze wyżej. Właściwie w większości schronisk górskich w Sudetach karmią dobrze lub... bardzo dobrze. Wybór nie jest łatwy, my jednak polecimy Wam tym razem coś pasującego do obecnej pory roku. Jagody od zawsze traktowano jako lek na wiele chorób, leczono nimi szczególnie zakażenia, ale i dziś lekarze polecają je na przykład osobom z podwyższonym poziomem cholesterolu, bo wzmacniają naczynia włosowate.

Jeśli nie chcecie ich zbierać sami, to polecamy Wam otwarte na początku XIX wieku dzięki staraniom Marianny Orańskiej schronisko przy drodze na Śnieżnik. Podobnie jak dawno temu, tak i dziś można się w tym miejscu zatrzymać na małe (lub większe) co nieco. Dzisiejsze Schronisko “Na Śnieżniku” im. Zbigniewa Fastnacha słynie z naleśników z jagodami, które spokojnie można uznać za specjalność tego miejsca. Niektórzy dodają jeszcze do tego koktajl jagodowy…

Potrawy śniadaniowe w Wielkiej Pieniawie w Uzdrowiskach Kłodzkich / fot. Wojciech Głodek
Czasami zależy nam na tym, aby było nie tylko smacznie, ale i zdrowo. Wtedy pozostaje nam już tylko wyjazd do uzdrowiska, a tych w regionie mamy aż 11! Kiedyś, gdy myśleliśmy o posiłkach w miejscach, do których jedziemy się leczyć, nie przychodziły nam do głowy najlepsze określenia. Niedobre, mdłe, szare, niesmaczne... I może kiedyś była to racja, na szczęście wiele się jednak zmieniło.

O kuchni uzdrowiskowej pisaliśmy już trochę, więc nie będziemy się powtarzać. Jednak wspomnimy też, że dolnośląskie uzdrowiska to także w większości wypadków ogromne zgrupowanie małych i większych kawiarenek, gdzie przy aromatycznej kawie i świeżych wypiekach każdy może miło spędzić czas. Oczywiście przyjeżdżając na pobyt leczniczy trzeba mieć tylko nadzieję, że lekarz nie zabroni nam pomiędzy zabiegami wypadu na małą kawę i ciastko.

Miejska plaża na wrocławski bulwarach nad Odrą / fot. Monika Zakrent
Oczywiście wakacje można pożegnać i w mieście. Jeśli przyjedziecie w tym celu do stolicy regionu (albo po prostu tu mieszkacie i za bardzo nie chce Wam się ruszyć gdzieś dalej) to warto skorzystać z tego, że Wrocław zaczyna się powoli otwierać na Odrę, o czym pisaliśmy w letnim wydaniu kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk.

Szkoda niestety, że brakuje całorocznych lokali, jednak póki jeszcze pogoda pozwala, warto wybrać się na którąś z miejskich plaż i wypić piwo z widokiem na przepływające Odrą stateczki.

Smak lata dla każdego jest inny. Może to truskawki? A może jednak jagody? Pierogi? Pstrąg z grilla? A może po prostu zimne piwo lub aromatyczna kawa? Czym dla Was smakowało mijające powoli lato - piszcie w komentarzach!

Na dziedzińcu archeologów | Motyla Noga | Wrocław

24.8.17
Dzisiaj zapraszamy do lokalu, który odwiedziliśmy już kilka razy i zdecydowanie możemy uznać, że wielokrotne testy potraw i napojów wypadły pozytywnie – zaglądnijmy do Motylej Nogi.

Zaczerpnięte z kultowej komedii Stanisława Barei sformułowanie wprowadza nas w świat filmów i filmowych bohaterów, bo do kinematografii właśnie nawiązuje wystrój lokalu. Wewnątrz jest niezbyt jasno, dość przytulnie, ale zdecydowanie bardziej w klimacie piwnym niż jedzeniowym. Toteż jeść chodzimy tam zwykle w letnie jeszcze miesiące, gdy można zająć miejsce na zewnątrz, w zdecydowanie najlepszym wrocławskim ogródku – na dziedzińcu przy ul. Więziennej.

A dziedziniec ten to materiał na zupełnie inną opowieść. Cały kwartał wybudowano jako budynki straży miejskiej i więzienie jeszcze w XIV wieku. Taką rolę przestał pełnić dopiero na początku XIX, kiedy swoje miejsce znalazł tutaj lombard i instytucja pomocy biednym mieszkańcom. Po II wojnie światowej zniszczone budynki tylko zabezpieczono, a ich remont przeprowadzono dopiero na przełomie lat 60. i 70. Wtedy też do jednego z budynków wprowadzili się archeolodzy Polskiej Akademii Nauk, a dziedziniec z czasem stał się ulubionym miejscem spotkań studentów i kadry akademickiej. "Stare czasy" zamknęły się pięć lat temu, gdy spłonął znajdujący się tu klub Pracoffnia.

O ile kiedyś na dziedzinie przy ul. Więziennej przychodzono głównie napić się piwa, o tyle dziś warto zajrzeć do karty dań. Wybór jest zadowalający. Po pierwsze są i mięsne, i bezmięsne, po drugie – obiadowe i przekąskowe, po trzecie wreszcie – pojawiają się sezonowe nowości, które urozmaicają menu smakami ściśle związanymi z porą roku (tutaj wygrywają do tej pory jesienne potrawy z dynią).


Sztandarowe danie to ryba z frytkami, która oczywiście jest smaczna i poprawna, ale znajdziemy we Wrocławiu miejsca, w których smakuje lepiej. Natomiast polecić Wam możemy burrito. Nie żeby było specjalnie zaskakujące, ale właśnie o to chodzi – zamawiasz burrito, licząc na dobre wołowe mięso, wyrazisty smak ostrej papryczki i mięsistą czerwoną fasolę i właśnie to otrzymujesz. Pyszne i sycące i jako przekąska do piwa, i jako danie główne.

Całkiem smaczne są też frytki. Grube, smakujące ziemniakami (niby oczywiste, a jednak…), podawane z różnymi sosami lub keczupem (ostatnio był sos majonezowo-truflowy, ale tatarski jest jednak smaczniejszy). No i niech nie przeraża Was cena za frytki, bo porcja jest naprawdę spora i jeśli idziecie na piwo, do którego chcecie coś przegryzać, to jedna porcja na dwie osoby spokojnie wystarczy.


Skoro już przy piwie jesteśmy to warto wspomnieć, że w Motylej Nodze mamy naprawdę spory wybór trunków (i piwnych, i innych; jest np. bardzo dobry cydr). Wprawdzie minął już czas, gdy tutaj Holbę lano do kufla za 5 zł, jednak i dzisiaj ceny w porównaniu do innych wrocławskich pubów i gastropubów nie są wysokie.

Tym zaś, co nie chcą pić piwa ani innych napojów wyskokowych, proponujemy zamówić lemoniadę, która świetnie orzeźwia w upalne letnie dni i ciepłe jesienne popołudnia. Wykorzystajcie zatem słońce i ciepłe powietrze i spędźcie popołudnie w Motylej Nodze!


Motyla Noga
Wrocław: ul. Więzienna 6 (wejście od dziedzińca)
codziennie od 7 do 1 w nocy, w piątki i soboty do 3 w nocy
50-60 miejsc, ogródek letni 50-60 miejsc
burrito 18, ryba z frytkami 27 zł, lemoniada 14 zł za dzbanek, piwo 0,5 od 7 zł
ostatnia wizyta: lipiec 2017

1 dzień | Jedlina-Zdrój

17.8.17
Jeśli szukacie spokojnego i cichego uzdrowiska, w którym można trochę pospacerować i odpocząć od codziennego zgiełku, a jednocześnie nie będzie ono znajdowało się zbyt daleko od uczęszczanych szlaków, to Jedlina-Zdrój jest stworzona na Was. 


Warto wybrać się tutaj bez zrywania się o świcie, bo jeśli przyjedziecie z samego rana i będziecie chcieli rozpocząć dzień od śniadania, to czeka Was przykra niespodzianka. W Jedlinie-Zdroju życie gastronomiczne rozpoczyna się najwcześniej w południe, a nawet później. Fakt ten nie zaskakuje, jeśli wziąć pod uwagę, że wszystkie obiekty sanatoryjne Uzdrowiska Szczawno-Jedlina oferują trzy posiłki w standardzie.

I standard to nie byle jaki. Lekkostrawne, bazujące w głównej mierze na warzywach dania okazują się być całkiem dobre, a przy tym sycące. W efekcie zdrowe, smaczne, choć niewyszukane jedzenie w tym uzdrowisku spokojnie zaspokaja potrzeby żywieniowe większości kuracjuszy. Także większość prywatnych pensjonatów, nawet jeśli nie ma trzech posiłków, to właściwie ofertę bez śniadania trudno jest znaleźć.

Jeśli jesteście tu rano, to pozostaje Wam zakup kawy i bułki w "Żabce". Oczywiście jest tu trochę lepiej niż w mieście, bo można z tą bułką i kawą w papierowym kubku przejść 100 metrów dalej i usiąść w centrum parku zdrojowego, co ma też przecież swój niezaprzeczalny urok.

Jeśli jednak dotrzecie do Jedliny-Zdroju w okolicach południa, to mamy dla Was ciekawszą propozycję. Nie dajcie się zrazić widokiem stacji kolejowej, która niestety czasy świetności ma już dawno za sobą. Doprawdy trudno uwierzyć, że u schyłku XIX wieku kasa dworcowa sprzedawał tu rocznie ponad 60 tysięcy biletów. Powojenny dworzec możecie obejrzeć jeszcze w dużo lepszym stanie w filmie "Lalka" Wojciecha Sasa.


Sprzed budynku dworca, pełniącego obecnie funkcje mieszkalne, najlepiej udać się czerwonym szlakiem w stronę Wielkiej Sowy. Nie proponujemy Wam jednak tym razem tak długiej wycieczki. Po jakichś dwudziestu minutach dojdziecie do szosy i tu szlak trzeba opuścić, aby ul. Zamkową (którą okazuje się niepozorna szutrowa dróżka za sklepem, biegnąca pod górę) przejść jakieś 500 metrów. Dotrzecie wtedy do Pałacu Jedlinka.


Warto tu zajrzeć z kilku powodów. Po pierwsze, by zwiedzić sam pałac, gdzie zorganizowano niewielkie muzeum, po drugie - aby zobaczyć stworzoną w tym roku replikę pociągu "America", którym podróżował podczas II wojny światowej Adolf Hitler. I po trzecie wreszcie - i na tym blogu najważniejsze - by spróbować warzonego na miejscu piwa.

Wewnątrz restauracji - browaru powita nas trochę surowy klimat, a ogródek letni będzie przypominać trochę rozstawione tymczasowo na festyn stoły, jednak warto zostać tu na chwilę, by spróbować lokalnego piwa (unitanki w których jest warzone mijamy przy wejściu). Podstawowe gatunki są cztery: ciemne o lekko czerwonawej barwie (Czerwony Baron), pszeniczne piwo górnej fermentacji (Pszeniczny Pan), jasne, z wyczuwalną goryczką (Jaśnie Książę) oraz bursztynowe, o wyrazistym smaku (Marcowa Dama).

Szczególnie polecamy zestaw degustacyjny, który pozwoli spróbować po 100 ml każdego z nich. Potem można wybrać już małe (0,4 litra) lub duże (1 litr!) swojego ulubionego gatunku. Ceny umiarkowane - 9-10 zł za małe, 18-20 zł za duże. Piwo jest dobre, w zależności od indywidualnych smaków różne zapewne będą w tym względzie preferencje. Naszym zdecydowanym faworytem jest Marcowa Dama, chociaż całkiem przyjemny smak ma również Pszeniczny Pan.


Więcej o browarze i samym pałacu możecie przeczytać w nr 2/2014 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk (czytaj on-line: Pałac i Browar Jedlinka - przeszłość i teraźniejszość). Od czasu do czasu pojawiają się też piwa sezonowe jak Jedliński Pociąg, Bursztynowa Hrabianka, Koźlak Jedliński czy Podchmielony Lord. My akurat nie trafiliśmy na żadne z nich podczas ostatnich odwiedzin, więc jeśli Wam uda się ich spróbować, dajcie znać w komentarzach!

 Po "małym" lub "dużym" warto wybrać się także do centrum zdroju. Dopiero tutaj widoczny jest cały urok Jedliny-Zdroju. Przy głównej drodze (Wałbrzych - Głuszyca) mijamy (niestety mocno zaniedbane) budynki poprzemysłowe, jednak dalej jest już znacznie lepiej. Sporo zadbanej, typowo sudeckiej zabudowy pensjonatowej, która stanowi ozdobę ulicy prowadzącej do centralnego punktu uzdrowiska.


To ścisłe centrum miejscowości stanowi niewielki placyk przed czterokondygnacyjnym Domem Zdrojowym z XVIII wieku oferującym miejsca dla 80 kuracjuszy. Na placyku znajduje się mały pawilon pijalni wód i niewielka fontanna, przy której "siedzi" - z chroniącą od słońca parasolką - wyrzeźbiona w brązie Charlotta von Seher-Thoss, żona niegdysiejszego właściciela pobliskiego Pałacu w Jedlince (wtedy osobnej miejscowości) i założyciela uzdrowiska, które otrzymało niemiecką nazwę właśnie na jej cześć – Bad Charlottenbrunn (Zdrój Charlotty).

Z drugiej strony placu, w budynku dawnego Klubu Kuracjusza, a jeszcze wcześniej – Hermann Göring Halle, znajduje się ciekawa kawiarnio-restauracja o nazwie (nomen omen) "Ciekawa". To tu toczy się życie uzdrowiska. Można zjeść obiad, napić się kawy, ochłodzić się lodami czy zrelaksować przy lampce wina lub szklance piwa.

Piwo jednak już piliśmy, a "Ciekawa" oferuje niestety tylko piwa koncernowe, warto zatem warto baczniejszą uwagę zwrócić na jedzenie. Pod tym względem menu przyjemnie zaskakuje – zarówno wielością możliwości, jak i przystępnymi cenami. Jedzenie jest domowe, a ceny zachęcają do składania zamówień. Pierogi zjemy już od 10 zł, a dużą pizzę - od 19 zł. Polecamy jednak coś innego: pstrąga - chociaż dostępny jest tylko w weekendy.

Pstrąg wędzony jest w... maleńkiej lokomotywie postawionej przed wejściem, od jakiegoś czasu mieniącej się w słońcu złocistą barwą. Porcja smażonego pstrąga (czyli jedna ryba) jest całkiem spora, w zestawie z surówką kosztuje tylko 18 złotych. Jest wędzony, zatem charakteryzuje się nieco innym smakiem niż ten, do którego przywykliśmy zamawiając smażone pstrągi, jednak naprawdę smaczny. Doprawiony ziołami, świeżo uwędzony – naprawdę warto spróbować.


Do picia polecamy wodę z cytryną za 3 zł. Nie będzie to jednak taka zwykła woda, tylko wysoko zmineralizowana woda "Anka" z pobliskiego Szczawna-Zdroju. Różnica w smaku między zwykłą wodą a tą, którą otrzymamy wraz z zamówieniem, będzie jak najbardziej wyczuwalna.

Przy okazji dodamy, że jedlińskie wody mineralne - szczególnie dla miłośników jedzenia (a chyba tylko takich na tym blogu mamy) – są naprawdę wartościowe. Zarówno "Mieszko", jak i "Młynarz" wspomagają leczenie schorzeń gastrologicznych i przemianę materii, a "Dąbrówka" obniża poziom cholesterolu. Oczywiście jeśli chcemy wypić więcej niż jedną szklaneczkę, to koniecznie trzeba się skonsultować z lekarzem albo przyjechać na pobyt leczniczy i mieć tylko nadzieję, że lekarz nie zabroni nam pomiędzy zabiegami wypadu na małą kawę i ciastko.


A skoro już o ciastku mowa - jeśli po spacerze parkowymi alejkami będziecie jeszcze mieli trochę miejsca w żołądku i chęć na coś słodkiego, to polecamy zajrzeć do niewielkiej cukierenki - właściwie bardziej sklepu niż kawiarni, jednak z wystawionymi dwoma niewielkimi stoliczkami i kawą podawaną w porcelanowych filiżankach, a nie papierowych kubeczkach - noszącej uroczą nazwę Cafe Kuracyjna, zlokalizowaną (jakże inaczej!) tuż obok Domu Zdrojowego.


Plan wycieczki

  • pociąg o 12:26 z Wałbrzycha Głównego (możliwy dojazd pociągiem z 10:54 z Wrocławia) kierunku Kłodzka (wysiadamy na stacji Jedlina-Zdrój o 12:36); lub pociąg o 10:42 z Kłodzka Głównego w kierunku Wałbrzycha (wysiadamy na stacji Jedlina-Zdrój o 11:51)
  • spacer szlakiem i drogą do Pałacu Jedlinka (ok. 30 minut)
  • spacer przez miasto z Pałacu Jedlinka do centrum - Parku Zdrojowego (ok. 30 minut)
  • powrót z centrum - Parku Zdrojowego na dworzec kolejowy (ok. 30 minut)
  • pociąg powrotny do Wałbrzycha Głównego o 16:05 lub 19:09 (czas jazdy 10 min., możliwe przesiadki w kierunku Wrocławia i Jeleniej Góry); lub pociąg powrotny do Kłodzka o 16:45 lub 20:07 (czas jazdy ok. 60 min.)
A może chcesz zostać na dłużej?

Przerwa na kawę | Black Point Cafe | Wrocław Leśnica

10.8.17
Mieszkańców Wrocławia i okolic, ale także turystów odwiedzających to miasto z różną częstotliwością, zachęcamy do spacerów nie tylko po Rynku i Ostrowie Tumskim, ale także po różnych wrocławskich dzielnicach i osiedlach od centrum oddalonych.


Realizując taki właśnie plan, zajrzeliśmy ostatnio do Leśnicy. To właściwie nadal jakby osobne miasteczko, ze swoją charakterystyczną zabudową niewielkich kamieniczek i toczącym się własnym, spokojnym życiem. Nie ważne czy dojedziemy tu pociągiem czy tramwajem, to będziemy mieli wrażenie jakbyśmy opuścili wielkie miasto. Najpierw miniemy osiedla z wielkiej płyty, potem dzielnice domków jednorodzinnych, potem łąki i pole... a potem wyłoni się Leśnicy niby osobne miasteczko.

Po spacerze - zarówno po miejskich uliczkach, jak i przyzamkowym parku oraz obejrzeniu odnowionych zabudowań dworcowych, postanowiliśmy uzupełnić braki cukru i przysiąść na chwilę w jakimś przyjemnym miejscu. Naszą uwagę zwrócił niepozorny, niewielki lokal znajdujący się tuż przy (nadal ciągle bardzo ruchliwej) ulicy Średzkiej – Black Point Cafe.


Gdy nieśmiało zajrzeliśmy przez otwarte drzwi, do środka wciągnął nas aromat kawy, a obsługa, widząc nasze niezdecydowanie, natychmiast zainteresowała się nowymi przybyszami, witając, pytając o smakowe preferencje i doradzając w (niełatwym) wyborze.

Wyjątkowej kawie (z dripa) towarzyszyły przepyszne ciasta: wegańskie brownie i delikatny serniczek. Nieprzesadnie słodkie, ale zdecydowane w smaku, idealne do aksamitnej kawy. Do tego zdrowe! A tych, którzy nie tego w słodyczach szukają, uspokajamy – są i tradycyjne słodkości (także w nowoczesnym wydaniu).



Podobno wyborne są też lody; tosty i kanapki (podawane tylko od poniedziałku do piątku) też niczego sobie.

Jeszcze tam wrócimy, by to pogłoski sprawdzić, bo miejsce miłe, wystrój przyjemny, a kawa – jedna z najlepszych we Wrocławiu.

Black Point Cafe
Wrocław (Leśnica): ul. Średzka 16A
codziennie od 9 do 20, w soboty i niedziele od 10
15-20 miejsc, ogródek letni 8-10 miejsc
ostatnia wizyta: sierpień 2017

Obsługiwane przez usługę Blogger.