Featured

12/recent

6+1 miejsc na Dzień Placka Ziemniaczanego

15.11.18
Gdzie na Dolnym Śląsku można zjeść najlepsze placki ziemniaczane? Pytanie stawiamy nie bez przyczyny, bo za nami właśnie 13 listopada 2018, czyli tegoroczny Dzień Placka Ziemniaczanego. 

Danie to już od XVII wieku obecne jest na naszych stołach, jednak nadal się nie nudzi, smakuje świetnie zarówno z dodatkiem tylko kefiru lub cukru, ale i jako składnik nieco bardziej wyszukanych potraw.

Jeszcze jakiś czas temu pytając o najlepsze placki ziemniaczane we Wrocławiu, trafić mogliśmy tylko i wyłącznie w jedno miejsce – do plackarni nieopodal dzisiejszego pl. Jana Pawła II, gdzie codziennie gromadziły się tłumy po placki jedzone na słono lub słodko, na miejscu i na wynos. Dzisiaj w tym miejscu powstaje już jakaś nowa inwestycja deweloperska, a najlepsze chyba placki w mieście nie są już dostępne.




Jakiś czas temu trafiliśmy do Lviva – lokalu, który najpierw powstał niemal vis a vis kultowej plackarni, następnie przeniósł się na Włodkowica i gdzieś się zagubił na kulinarnej mapie Wrocławia. Licząc, że wróci (bo takie były obietnice), przypominamy, że Lvivskie placki były placuszkami bardzo delikatnymi, o kremowej wręcz konsystencji, ale można je było zamówić także z dodatkiem szpinaku i jajka sadzonego. Wówczas robiły się już sporych rozmiarów daniem, którym można było naprawdę solidnie się najeść.

Jeśli nie we Wrocławiu, to może w okolicy? Bardzo smaczne placki ziemniaczane podaje się również w Obornikach Śląskich, w restauracji Retro – pyszne i chrupiące w towarzystwie nie tylko śmietany, ale i świeżej surówki.

Z dodatkiem niewielkiej ilości sera na wierzchu, równie smaczne i świeże placki można zjeść w Jeleniej Górze. W tamtejszej restauracji Kucie Smaku warto jednak zamówić nie tylko placki – wyśmienity staropolski grzaniec będzie idealnym do nich towarzyszem.

Chrupiące placki ziemniaczane ze śmietaną zjecie także w Szczawnie-Zdroju. Tam znajdują się w karcie restauracji Pod Lwami. Zajadając, możecie rozkoszować się widokiem na piękne szczawieńskie krajobrazy.





Od dłuższego już czasu popularna jest u nas wersja placka ziemniaczanego podawanego z gulaszem. Zarezerwowana dawniej dla bogatszej części społeczeństwa, dzisiaj powszechna potrawa nosi miano placka po węgiersku i podawana bywa w rozmaitych konfiguracjach, z różnie przyrządzanymi gulaszami. Możemy wam polecić tę z Chaty Karkonoskiej. Jak na lokal w Szklarskiej Porębie przystało, porcja jest zacna.

Jeśli wolicie nieco mniejszych rozmiarów, zajrzyjcie może do Oślej Bramy w Książu – tutaj gulasz nieco bardziej delikatny, a i porcja mniejsza. Na dobre trawienie warto sięgnąć po podawaną tutaj sztygarówkę, czyli wytwarzaną w małych, limitowanych partiach lokalną wódkę smakową.



Dla prawdziwych fanów tego przysmaku nie ma jednak jak wycieczka do naszych sąsiadów – Czechów. Zachęcamy do odwiedzenia corocznej imprezy odbywającej się w miejscowości Kořenov, a noszącej nazwę Bramborové ukončení sezóny na Zubačce. Wprawdzie związane jest z koleją, jednak i miłośnicy dobrych smaków znajdą tutaj coś dla siebie.

Na przykład sejkory, czyli regionalny rodzaj placka ziemniaczanego, bardzo popularny na różnego rodzaju uroczystościach i jarmarkach, pieczony bezpośrednio na płycie (nie na patelni). Specyficzny smak, często z dodatkiem czosnku, ma swoje grono wielbicieli, które z roku na rok się powiększa. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji próbować, gorąco namawiamy.




A Waszym zdaniem gdzie podają najlepsze placki ziemniaczane na Dolnym Śląsku?

Orzeł, malina i piwnica | Ziębice

8.11.18
Jeśli nie macie planów na najbliższą sobotę, polecamy odwiedzić któreś z dolnośląskich miasteczek. Ot, na przykład Ziębice. 




Do Ziębic warto przyjechać pociągiem. Pomiędzy dworcem a rynkiem miniecie bowiem piękną (choć niestety nieco zaniedbaną) miejską zabudowę (m.in. szereg zabytkowych domów przy ul. Kolejowej) i jeszcze zanim wejdziecie na rynek, zdążycie odkryć urok tej miejscowości. Regularna średniowieczna starówka, wille i kamienice, zespół klasztorny krzyżowców z czerwoną gwiazdą, brama Paczkowska, nieużytkowana już dziś synagoga czy zespół cukrowni to tylko część obiektów wpisana do rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa.

Podczas spaceru warto zrobić sobie przerwę i spróbować pysznych wypieków serwowanych w Cafe Malina. Jest to jak na razie jedyna(!) kawiarnia w Ziębicach i istnieje niecały rok.

Skusiliśmy się na tort Leśny Mech oraz Rafaello i choć obydwa były smaczne, to właśnie kokosowa kostka wygrała rywalizację. Poza pysznym ciastem spróbowaliśmy też dobrej kawy, a wszystko to w przyjemnym jasnym wnętrzu z widokiem na ładny ziębicki rynek. I w przemiłej atmosferze. Poza ciachem i kawą są jeszcze lody, zdrowe koktajle i takie desery (np. pudding chia).




Po odpoczynku w kawiarence, koniecznie należy zajrzeć do jednej z ważniejszych atrakcji tej miejscowości, czyli Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego – jedyne takie w Polsce. Zwiedzanie trwa mniej więcej godzinę, możecie liczyć na opiekę i ciekawe opowieści przewodnika.

Jeśli po tym wszystkim zrobicie się głodni, zajrzyjcie do restauracji Ratuszowej, znajdującej się w ratuszowej piwnicy. Klimatyczne miejsce, całkiem przyjemne, z interesującą ofertą gastronomiczną. Czeskie piwa i spore porcje (także sałatek) powinny przypaść do gustu wszystkim spacerującym po mieście i okolicach. Zamówiliśmy pierogi ruskie i danie z patelni Rathauskeller.

Pierogi były naprawdę bardzo smaczne i bez wątpienia domowe, jednak trafiły na stół miejscami jeszcze zimne. Danie z patelni okazało się jednak strzałem w dziesiątkę – nie tylko gorące, ale smaczne i bardzo sycące. Ziemniaki, kiełbasa i jajka zaspokoją apetyt każdego wędrowca! Oczywiście dań jest znacznie więcej, obok tradycyjnego schabowego jest też pizza (podobno całkiem niezła – spróbujemy, być może, przy następnej wizycie).




Po takim solidnym obiedzie przyda się spacer – wybierzcie się do parku miejskiego, w którym wśród alejek odnajdziecie m.in. Zamek Wodny oraz stojący na wzgórzu parkowym im. Stanisława Firleja Pomnik Orła Piastowskiego wykonany w ziębickich Zakładach Maszyn Ceramicznych i Kamionki, który jest największą ceramiczną figurą orła w Europie. Pełne atrakcji turystycznych urokliwe dolnośląskie miasteczko to idealny wypad na weekend!



Cafe Malina
Ziębice: Rynek 30
od wtorku do piątku od 9 do 18, w weekendy od 10 do 19, w poniedziałki nieczynne
ok. 20 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ciasta od 6 zł, gałka lodów 3 zł, kawa od 5 zł, herbata 6 zł, napoje od 3 zł
ostatnia wizyta: październik 2018



Ratuszowa
Ziębice: Rynek 44
codziennie od 11 do 22
ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
pizza 28cm 15-24 zł, 32 cm 19-28 zł, zupy od 6 zł, pierogi od 8 zł, dania obiadowe od 19 zł
kawa od 6 zł, herbata od 5 zł, napoje od 4 zł, piwo małe od 4 zł
ostatnia wizyta: październik 2018



Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego
Ziębice: Rynek 44
od wtorku do piątku od 10 do 16 (od czerwca do września od 9), w poniedziałki nieczynne
w soboty i niedziele wejścia o 12, 13, 14 i 15 (od czerwca do września dodatkowo o 11)
bilet normalny 6 zł, w soboty wstęp bezpłatny
ekspozycja: kuchnia, salonik mieszczański, sala etnograficzna, gabinet barokowy, kolekcja żelazek, kolekcja J. Langera, kolekcja rzeźby, kolekcja broni, kolekcja szkła, historia Ziębic
ostatnia wizyta: październik 2018

100 lat temu | Dawne schroniska w Sudetach

1.11.18
Gdy dziś wspominamy, jak kiedyś chodziliśmy po górach, to zazwyczaj zauważamy, że było jakoś tak mniej tłoczno i gwarno. Łatwiej było o wolne miejsce przy stole w schronisku, a turystyka górska wydawała się mniej masowa.

Gdy jednak cofniemy się jeszcze dalej, to okaże się że przed stuleciem dolnośląskie góry wcale takie ciche i spokojne nie były. Dzięki świetnie funkcjonującej kolei docierającej do najbardziej odległych górskich kurortów na niemieckim Śląsku turystyka górska wcale nie była sportem dla wybranych. To już nie rozrywka tylko dla arystokracji, w góry wybierała się niemiecka klasa średnia, urzędnicy i studenci.


Dokładnie 110 lat temu, w 1908 roku Dolny Śląsk odwiedził jeden z najbardziej znanych polskich krajoznawców, Mieczysław Orłowicz. Dwutygodniowa wycieczka wiodła z Wrocławia do Drezna, a z powrotem przez Łużyce i Karkonosze.

Jedną grupę uczestników zabrałem na trzydniową wycieczkę po Karkonoszach. W ciągu trzech dni przeszliśmy cały grzbiet od Śnieżki, zaczynając od Karpacza aż po Wysoki Kamień w Górach Izerskich, do Szklarskiej Poręby. Wędrując przez trzy dni napatrzyliśmy się do woli najbardziej filisterskiej turystyce, jaką sobie w górach w ogóle można wyobrazić. Przeszliśmy Karkonosze od wschodu do zachodu całym szlakiem, oglądaliśmy zbocza tak osobliwe, że dzisiaj, znając Karkonosze w ich obecnym wyglądzie i widząc publiczność jaka obecnie tam wędruje, nie wyobrażamy sobie, że te same góry mogły być koncentracją tak strasznego i hałaśliwego filisterstwa niemieckiego. W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale.

Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. Niewielki procent Niemców, chcąc zaimponować przechodniom mijanym na trasie wycieczki swoim obyciem z górami, wdziewała na niedzielne wędrówki kostiumy tyrolskie, które tygodniami chowane były w szafie jako przeznaczone do wdziewania na bale kostiumowe czy masowe w Berlinie lub Dreźnie. 

Ludzie szanujący obyczaje górali niemieckich w sposobie noszenia tego ubioru, który zostawiał dużą lukę między krótkimi skórzanymi spodenkami a wełnianymi zielonymi sztylpami na łydkach, odsłaniając nagie kolana, szanowali te nagie kolana. Część wszakże nie mogła znieść nagości prawdopodobnie ze względu na ochronę kolan, które lada wiaterek narażał na reumatyzm, i wciągała na kolana kalesony, stające się z każdą godziną bardziej brudne, tak że pod koniec dnia robiły wrażenie bardzo nieestetyczne. Owe brudne kalesony stały się niemal symbolem berlińczyka w tyrolskim kostiumie w Karkonoszach.

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. Wszystkie były w rękach Niemców, schronisk czeskich w owym czasie na grzbiecie Karkonoszy nie zauważyłem wcale. O ile tu nawet gospodarował ktoś pochodzący z austriackiej strony, to był Niemcem sudeckim, przewyższającym jeszcze w szowinizmie antyczeskim Niemców z Prus czy ze Śląska niemieckiego.

Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” – jeśli działo się to po stronie austriackiej – i odwrotnie: „Jeszcze 10 minut do najbliższego piwa bawarskiego”, o ile chodziło o stronę niemiecką.

Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, czy dla odmiany Loewen Brauhaus. I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy.

Wszyscy na ogół turyści śpiewali po drodze jak zarzynane bawoły i wśród tego ryku pijaków i chwiejnych korpusów wędrowało się całymi godzinami. W dodatku co 100 metrów stała katarynka, przeważnie własność Niemców czeskich, i wygrywała dla dodania ducha maszerującym turystom wiedeńskie walce i marsze, a białe myszy lub zielone papugi ciągnęły wśród wielkiego wrzasku losy zakochanym parom.

Tak oto wyglądała turystyka w Sudetach, specjalnie w Karkonoszach w 1908 roku. Nie mogła zaimponować autentycznym turystom z Tatr czy Karpat Wschodnich, jak nasza garstka członków AKT, toteż dr Jakubowski krzyczał na mnie wielkim głosem Mietku, po co żeś nas między tych filistrów przyprowadził, uciekajmy stąd jak najprędzej, bo tu można ogłuchnąć od pijackiego wrzasku.

I tak wytrzymaliśmy jakoś 3 dni, zwiedzając wodospady funkcjonujące tylko za opłatą 20 fenigów zarówno wysoko przy źródłach Łaby, jak i nisko tuż pod Karpaczem czy Szklarską Porębą. W tych miejscowościach oglądaliśmy wcale dowcipne rzeźby, którymi ozdobione były wszystkie ławki i chodniki. Ale to nie wzbudzało w owym czasie naszego entuzjazmu Karkonoszami czy innymi grupami Sudetów. Powiedzieliśmy sobie, że te góry nie wytrzymują porównania z naszymi Karpatami Wschodnimi, i to nie z Gorganami czy Czarnohorą ale nawet z Bieszczadami.


Schlingelbaude (nieistniejące schronisko im. Bronka Czecha w Karkonoszach)


Neue Schlesische Baude (obecnie schronisko Na Hali Szrenickiej)


Maria Schnee Baude (obecnie schronisko Na Iglicznej)


Iserkammbaude (nieistniejące schronisko na Polanie Izerskiej)


Passhohe Baude (obecne schronisko Jagodna)


Prinz Heinrich Baude (nieistniejące schronisko położone na krawędzi Kotła Wielkiego Stawy


Stille Liebe Baude (obecnie schronisko Pod Muflonem)


Schweizerhaus (obecnie schronisko Na Szczelińcu)


Glatzer Schneeberg Schweizerei (obecnie schronisko Na Śnieżniku)


Rosenbaude (obecnie nieistniejące schronisko w Kaczorowie)


Teichbaude (obecnie schronisko Samotnia)


Hampelbaude (obecnie schronisko Strzecha Akademicka)


Reiftragerbaude (obecnie schronisko na Szrenicy)

Górskie schronisko w centrum miasta | Wałbrzych

25.10.18
O tym, że Wałbrzych jest miastem interesującym i wartym odwiedzenia już pisaliśmy. Wiele z jego atrakcji już Wam przybliżyliśmy, dzisiaj jednak słów kilka chcemy poświęcić takiej, o której jeszcze na naszym blogu nie było.

Czy wiecie, że w tym mieście znajduje się… schronisko turystyczne? Tak, w środku 100-tysięcznego miasta znajduje się górskie schronisko.




To, że nie pisaliśmy, nie oznacza, że nigdy nas tam nie było. Harcówkę udało nam się odwiedzić jeszcze przed remontem, jak i zupełnie niedawno, tuż po jego zakończeniu. Położony w obecnym Parku im. Jana III Sobieskiego Dom Wycieczkowy PTTK Harcówka powstał między 1908 a 1911 rokiem i mógł pochwalić się restauracją z pokojami gościnnymi. Oczywiście funkcja noclegowa była na drugim planie, obiekt służył przede wszystkim obsłudze turystów urządzających sobie tu spacery. Nosił wówczas nazwę Schillerbaude.

Skąd taka nazwa? W 1905 roku w całych Prusach obchodzono stulecie urodzin Fryderyka Schillera. Z tej okazji w parku miejskim w Wałbrzychu, założonym kilka lat wcześniej na Parkowej Górze (422 m n.p.m.), odsłonięto kamień pamiątkowy poświęcony Schillerowi, a samo miejsce nazwano Schillerhohe, czyli Wzgórzem Schillera.




Po II wojnie światowej schronisko trafiło w ręce Związku Harcerstwa Polskiego, czemu zawdzięcza swoją obecną nazwę. Mimo, że na konferencji turystycznej, która odbyła się 4 sierpnia 1947 roku ustalono, że wszystkie schroniska na ziemi wałbrzyskiej przejmie Dolnośląska Spółdzielnia Turystyczna, jeszcze w tym samym roku dawne Schillerbaude trafiło w ręce ZHP, w których pozostało kolejne 10 lat. Już wtedy schronisko służyło nie tylko noclegom, ale także miejscu spotkań wałbrzyszan wybierających się na spacer po parku.

W 1957 roku Harcówka dostała się najpierw pod zarząd Zakładu Eksploatacji Obiektów Turystycznych PTTK w Szczawnie-Zdroju, aby potem trafić do oddziału PTTK w Wałbrzychu, a ostatecznie po reorganizacji w latach 90. do spółki Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK z Jeleniej Góry. W ostatnich latach jego stan techniczny pogarszał się coraz bardziej, przez co warunki pobytu były również niezbyt dobre. Na tyle, że w roku 2017 doczekało się niechlubnego tytułu najgorszego schroniska turystycznego w rankingu magazynu „N.p.m.” Cały czas jednak działało, a w jego ofercie znajdowały się m.in. przepyszne pierogi, na które zawsze warto było tutaj zajrzeć.

Ostatnio odwiedziliśmy obiekt już po remoncie. W odnowionym, rozjaśnionym wnętrzu schroniskowej restauracji usiedliśmy przy oknach pozbawionych już firanek, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać przepiękną panoramę Wałbrzycha. A przy okazji zjeść całkiem smaczny i niedrogi obiad.




Zamówiliśmy pierogi ze szpinakiem oraz placek po węgiersku. Uprzedzono nas, że czas oczekiwania może być nieco dłuższy, ponieważ placki będą przygotowywane na bieżąco, co jednak nas w ogóle nie zniechęciło. Pierogi okazały się bardzo dobre. Miękkie i delikatne ciasto znakomicie komponowało się z wyrazistym farszem.

Placek po węgiersku zaś był delikatny i chrupiący, gulasz bardzo smaczny, bez „proszkowego” posmaku sosu z torebki, a surówki świeże i bardzo smaczne. Po obiedzie, nie chcąc opuszczać jeszcze gościnnych progów „Harcówki”, skusiliśmy się na herbatę z cytryną, czyli chyba najbardziej „schroniskowy” napój, jaki można sobie wyobrazić. Z parującymi szklankami usiedliśmy na zewnątrz, przy jednym z wielu ustawionych na tarasie stolików, nadal spoglądając na czerwieniące się w jesiennym słońcu dachy Wałbrzycha.

Zajrzyjcie do odremontowanej „Harcówki”, bo niewiele jest miejsc z tak dobrym jedzeniem i tak pięknym widokiem.




PTTK Harcówka
Wałbrzych: Park Jana III Sobieskiego
codziennie od 12 do 20, w weekendy od 10, w soboty do 3 w nocy
ok. 30-40 miejsc, ogródek letni ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
herbata 4 zł, pierogi 7-8 zł, placek po węgiersku 16 zł, deser 7 zł, piwo czeskie 7 zł
ostatnia wizyta: październik 2018
Obsługiwane przez usługę Blogger.