Featured

12/recent

Czy przyjdzie do Was święty mikołaj? | Dolny Śląsk

6.12.18
Byliście grzeczni? Znajdziecie pod choinką prezent czy rózgę? A może chcecie otrzymać jakiś upominek od naszej redakcji? Czytajcie dalej!


Starszy mężczyzna z białą brodą ubrany w czerwony strój przywozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów z bieguna północnego prawdopodobnie od 1823 roku. Wtedy holenderski poeta Clement Clarke Moore napisał wiersz Noc wigilijna, w którym właśnie tak przedstawił świętego mikołaja. Wcześniej do Holandii Sinterklass (tak nazywa się po holendersku) przybywał na statku z Hiszpanii, a wór z prezentami niósł czarnoskóry pomocnik Zwarte Piet (po polsku Czarny Piotruś). To on według holenderskiej tradycji wchodzi przez kominy domów aby zostawić prezenty od Sinterklaasa.

Spopularyzowanie obecnego wizerunku świętego mikołaja zawdzięczamy Coca-Coli w reklamie napoju z 1930 roku wykonanej przez Freda Mizena. Nie jest to jednak pierwsze przedstawienie świętego mikołaja z czapką zamiast biskupiej mitry. Pierwszy raz zrobił to najprawdopodobniej inny amerykański rysownik, Thomas Nast, który 1 stycznia 1881 roku opublikował w Harper's Weekly ilustrację świętego mikołaja rozdającego prezenty żołnierzom amerykańskiej wojny secesyjnej.

Czy jednak na Dolnym Śląsku prezenty przynosi święty mikołaj? Nie zawsze. Mieszanka kulturowa, jak powstała w naszym regionie po II wojnie światowej sprawiła, że jest z tym bardzo różnie. Prezenty dostają wszystkie (grzeczne) dzieci, ale nie przynosi ich tylko święty mikołaj.  Bardzo charakterystycznym elementem śląskiej wigilii jest Dzieciątko. Według tradycji gdy domownicy modlą się i dzielą opłatkiem po cichutku przychodzi Dzieciątko i zostawia prezenty. Można je jednak odpakować dopiero po zakończonej wieczerzy wigilijnej.

Dziś tradycja Dzieciątka jest popularna głównie na Górnym Śląsku i wschodniej części opolskiego, choć kiedyś Dzieciątko było obecne w całej prowincji śląskiej. Na Dolnym Śląsku, o przyniesienie prezentów pod choinkę konkurują ze sobą przede wszystkim święty mikołaj i Gwiazka. Dzieciątko jest równie mało popularne jak wielkopolski Gwiazdor czy małopolski Aniołek. Czy zatem Dzieciątko to niemiecki zwyczaj? Nie, za naszą zachodnią granicą prezenty zazwyczaj przynosi Weihnachtsmann, będący odpowiednikiem naszego mikołaja.

Dzieciątko to wynik wpływu kultury czeskiej i skutek przebywania Śląska przez kilkaset w granicach Czech. Choć są też tacy, którzy próbują stawiać odwrotną hipotezę, że to nasi południowi sąsiedzi przejęli tą tradycję od Ślązaków. Dziś aż 92% Czechów mówi, że w ich domach prezenty przynosi Ježíšek. Dzieciątko zaczyna tam także wygrywać ze świętym mikołajem w kulturze masowej. Pojawia się na świątecznych jarmarkach czy kubeczkach z grzanym winem. Jego wygląd wzorowany jest zazwyczaj figurce Dzieciątka z praskiego Kościoła Matki Bożej Zwycięskiej.

Pierwszy śląski jarmark zorganizowano w połowie XII wieku, kiedy to wrocławscy Benedyktyni z nieistniejącego już dziś opactwa na Ołbinie otrzymali od Bolesława IV Kędzierzawego przywilej organizowana jarmarku w dzień św. Wincentego i przez osiem dni po nim. Nie był to jednak jarmark bożonarodzeniowy. Te akurat na Śląsk, w przeciwieństwie do innych niemieckich miast, trafiły stosunkowo późno, bo dopiero w początku XIX wieku, gdy na przykład pierwszy jarmark bożonarodzeniowy w Budziszynie (najstarszy w Niemczech) zorganizowano już pod koniec wieku XIV.

Jednak dzięki temu, że trafiły tu późno, wrocławskie jarmarki świąteczne stały się wyjątkową atrakcją. Jak napisano w berlińskim Zeitung für die elegante Welt. Mode, Unterhaltung, Kunst und Theater w styczniu 1837 roku wrocławski jarmark bożonarodzeniowy odróżnia się zewnętrznie od innych nie tylko handlem trwającym w budach wieczorną porą w świetle lamp, ale przede wszystkim tym, jak wielki skutek ma ta mała różnica na frekwencję o tej porze dnia. Ów jarmark stał się prawdziwym świętem mieszkańców miasta, a jego osobliwość wypływa z wewnętrznego stylu bycia wrocławian, jak i z ich jedynej w swoim rodzaju wrażliwości. Jest nierozerwalnym zespoleniem interesów rzemiosła i handlu z potrzebą rozrywki, jaką niesie ze sobą kupowanie prezentów. To czyni go odmiennym od wszystkich innych jarmarków.



My polecamy Wam jednak koniecznie rozejrzeć się po całym regionie, bo o ile na obecnym wrocławskim jarmarku bożonarodzeniowym królują produkty masowe, o tyle w miastach i miasteczkach Dolnego Śląskiego można dużo częściej spotkać lokalnych wytwórców, dzie nie zabraknie regionalnych produktów, bożonarodzeniowych pierników i świątecznych makowców czy gwiazdkowych ozdób z duszą, których próżno szukać w sieciowych sklepach.

Warto odwiedzić Świdnicę, gdzie jak co roku także w ramach Świdnickiej Kolędy świdnicki Rynek zamieni się tradycyjnie w wielki jarmark bożonarodzeniowy ze świątecznymi ozdobami i specjałami. Zobaczymy wyroby z drewna, bombki, gipsowe figurki aniołów, góralskie skarpety i kapcie, domowe soki i przetwory, kiełbasy, sery, miody, ceramika. W programie Świdnickiej Kolędy nie zabraknie też licznych atrakcji dla dużych i małych. Odbędą się występy, koncerty, wystawy i konkursy, a także będzie można podziwiać ruchomą szopkę przygotowaną przez Młodzieżowy Dom Kultury. Z kolei Świdnicki Ośrodek Sportu i Rekreacji przygotowuje kolędę na sportowo zapraszając do wspólnego kolędowania przy gorącym barszczyku i pieczeniu kiełbasek. Podczas Kolędy każdy znajdzie coś atrakcyjnego dla siebie.



Warto zajrzeć do Jeleniej Góry, gdzie w trzeci weekend grudnia czekają świąteczne warsztaty dla dzieci, wspólne kolędowanie, ręcznie wykonane podarki pod choinkę, ceramiczne i szklane świąteczne ozdoby, zabawki, gwiazdki, anioły, kowalstwo artystyczne, ubranka lniane, bombki malowane, słodkie stroiki, pierniczki, ciasteczka, domki z piernika, przetwory wszelakie i wigilijne potrawy. Zaś w pierwszy i drugi weekend tuż pod Jelenią Górą odbywa się Kiermasz Adwentowy na Folwarku i w Stodole Świątecznej Magii , gdzie znajdziemy bogaty wachlarz oryginalnych wyrobów – idealnych prezentów dla najbliższych pod choinkę, kulinarne specjały, warsztaty zdobienia bombek. Bajeczny świąteczny urok tego kiermaszu na pewno zaczaruje Was blaskiem świec, dźwiękami kolęd, zapachem grzańca i radosną atmosferą.



Warto odwiedzić niewielkie Jerzmanki koło Zgorzelca, gdzie bez problemu dojedziemy wygodnym szynobusem Kolei Dolnośląskich kursującym na trasie Jelenia Góra - Görlitz. Impreza odbędzie się w drugi weekend grudnia. Przyciąga ona rękodzielników i artystów z regionu. Znaleźć tu będzie można wyroby wykonane tradycyjną jak i nowoczesną metodą - ceramikę, koronki, decoupache, biżuterię, witraże, obrazy, pluszaki, bombki, skrzaty, choinki, stroiki, ozdoby świąteczne. Nie zabraknie ciepłych posiłków i małej kawiarenki. Pyszne ciasta, zapach pierniczków, owoce w czekoladzie oraz kolędy wyśpiewane przez ludowe zespoły muzyczne Błękitne Kamizelki i Kwiatowianki przeniosą w cudowny nastrój oraz wyjątkową świąteczną atmosferę.



Gdy już będziemy po wizycie w łużyckich Jerzmankach, warto też pomyśleć o drugim regionie, który kiedyś Śląskiem nie był, a dziś stanowi pełnoprawną część województwa dolnośląskiego i odwiedzić ziemię kłodzką. Tam w trzecią niedzielę grudnia warto zajrzeć na Bystrzyckie kolędowanie. To całodzienna impreza realizowana przez Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Bystrzycy Kłodzkiej w zimowej scenerii placu rekreacyjnego i klimatycznej Sali Widowiskowej. Niepowtarzalny klimat tworzą polskie i czeskie grupy muzyczne i teatralne prezentujące kolędowy repertuar, świąteczne spektakle oraz jasełka. Podczas imprezy, każdego roku organizowany jest jarmark świątecznych ozdób, smakołyków, produktu regionalnego, prezentowane są również wyroby rękodzieła artystycznego.



A gdzie Wy wybierzecie się w przedświątecznym okresie na Dolnym Śląsku? Koniecznie napiszcie nam o tym w komentarzu. A jeśli chcecie dostać drobny upominek od naszej redakcji, to prześlijcie nam swoje przedświąteczne zdjęcie z Dolnego Śląska na adres konkurs@przystanekd.pl wpisując w tytule maila "smaki na święta" (nagrodzimy autorów najciekawszych zdjęć, którzy napiszą do nas przed 24 grudnia, pełny regulamin konkursu).

W jednym stali bloku | Strzelin

29.11.18
Najgłębsze wyrobisko granitu w Europie, wieża ratuszowa bez ratusza i najstarsza na Śląsku romańska budowla to tylko niektóre atrakcje, jakimi może pochwalić się Strzelin.

Liczące ok. 12 tys. mieszkańców, położone nad Oławą na granicy Wzgórz Strzelińskich miasto jest jednym z tych na Dolnym Śląsku, które w największym stopniu ucierpiały wskutek wydarzeń II wojny światowej. Sięgające 85% miejskiej tkanki zniszczenia na trwałe odcisnęły piętno na wyglądzie miasta i do dzisiaj przypominają o sobie m.in. właśnie nieobecnym ratuszem, ale też całym kwartałem na północ od rynku pozostającym niezabudowanym do dziś.

Pogodny jesienny dzień warto więc przeznaczyć na wycieczkę do tego miasta – może zechcecie udać się szlakiem turystycznym przez nieodległe wzgórza bądź wybierzecie Szlak Historyczny Strzelina, rozpoczynający się koło stacji kolejowej, kończący zaś w Rynku.





A jeśli na rynek już dotrzecie, warto wstąpić na Kawę u Drania, którą tam właśnie znajdziecie. Nowoczesny, przestronny lokal z gustownym wystrojem pomieści wszystkich chętnych do wypicia kawy, a że będzie ich wielu, nie wątpimy ani chwili, bo kawa tam przednia. „Firmowy” kubek zawartością zadowoli wszystkich, którzy doceniają smak świeżo palonej kawy bardzo dobrej jakości.

Do niej warto zamówić kawałek ciasta – na przykład jagielnik. Wprawdzie nam się trafił nieco suchy, jednak był to prawdopodobni efekt zbyt długiego jego pobytu w ladzie chłodniczej, więc przymykamy lekko oko. A jeśli nie jagielnik, to może kawałek pysznego, delikatnego, nieco bardziej wytrawnego w smaku ciasta? Na pewno znajdziecie coś dla siebie.






Kawau Drania
Strzelin: Rynek 19
codziennie od 9 do 20, w weekendy od 10, od czwartku do niedzieli do 21
ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
kawa od 5 zł, herbata od 8 zł, ciasto od 11 zł
ostatnia wizyta: listopad 2018


Głód natomiast zaspokoicie zaraz obok – Bistro Przepis ma w ofercie wiele dań domowej kuchni, porcje zaś tak duże, że nie warto tutaj zaglądać z uczuciem lekkiego tylko ssania w żołądku. Podczas wycieczki do Strzelina zajrzeliśmy do Przepisu na zupy i za niespełna 13 złotych (razem) dostaliśmy po solidnej porcji domowego rosołu i sycącego żurku.

A Wy jakie macie ulubione kulinarne punkty w tym mieście?





Przepis Bistro & Cafe
Strzelin: Rynek 21
codziennie od 10 do 19, w weekendy od 12
ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
zupa od 6 zł, dania obiadowe od 16 zł, burgery od 17 zł, sałatki od 14 zł, przekąski od 6 zł
ostatnia wizyta: listopad 2018

Jak w szklarni | Szklana Chata | Szklarska Poręba

22.11.18

Jako że w górach już nieco zimy, stoki dośnieżane, nic tylko brać narty i rozpocząć tegoroczne szusowanie. Na przykład w Szklarskiej Porębie, która stwarza warunki idealne zarówno dla tych, którzy dopiero rozpoczynają narciarską przygodę, jak i tych, którzy nie po raz pierwszy założą narty.

Aktywność fizyczna zaś spowoduje, że prędzej czy później pomyślimy o jedzeniu. Na przykład takim obiedzie. A wtedy warto wiedzieć, dokądsię w Szklarskiej Porębie udać. Wprawdzie lokali z tej miejscowości kilka różnych już Wam polecaliśmy, jednak ostatnio odwiedziliśmy nowy, który przyciąga przede wszystkim wyglądem i obietnicą świetnego widoku na ten piękny kurort. Dzisiaj zaglądamy do Szklanej Chaty.




Stanęła ona przy ul. 1 Maja i zaprasza na dania kuchni polskiej i europejskiej. Po wejściu trafiamy do dwukondygnacyjnego lokalu utrzymanego w dość surowym wystroju z cegły i drewna, łagodzonym ciepłym światłem lamp i świec oraz ciekawie zaaranżowaną roślinnością. Polecamy udać się na piętro, gdzie ładne widoki gwarantuje nie tylko oszklona elewacja, ale i szklany dach (jak na Szklaną Chatę przystało). Uprzedzamy jednak, że bywa tam gorąco jak w szklarni – na dole jest znacznie przewiewniej i po prostu chłodniej.

Menu dość rozbudowane, wybór spory, ceny przystępne (przy czym na razie nie dało się płacić kartą), a porcje – jak okazuje się za chwile – bardzo duże.  Podstawową zaletą jedzenia jest fakt, że zostało ono podane bardzo szybko. Chyba jednak dlatego też nie wszystko jest idealne. Mimo iż w smaku poprawne, potrawy robiły wrażenie „podgrzanych” (i pewnie takie były). Wyszliśmy najedzeni, dość zadowoleni, ale do zachwytu było daleko.

A co jedliśmy?

Ser w panierce z żurawiną, frytkami i zestawem surówek oraz „karkonoską” wariację na temat schabowego z pieczonymi ziemniakami również w towarzystwie surówek. Było smaczne, ładnie podane i sycące, chociaż frytki nieco za miękkie i letnie, a ziemniakom też nieco brakowało do ideału. Za to schabowy pierwsza klasa. Poza daniami obiadowymi są i desery, podobno bardzo dobre.



Nam się w Szklanej Chacie podobało i jesteśmy ciekawi, jak rozwinie się ten lokal, bo przecież funkcjonuje dopiero od kilku miesięcy. Podzielcie się swoimi wrażeniami!

Szklana Chata
Szklarska Poręba: 1 Maja 5 (koło dworca autobusowego)
codziennie od 11 do 22
ok. 50-60 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
danie obiadowe 20-30 zł
ostatnia wizyta: wrzesień 2018


6+1 miejsc na Dzień Placka Ziemniaczanego

15.11.18
Gdzie na Dolnym Śląsku można zjeść najlepsze placki ziemniaczane? Pytanie stawiamy nie bez przyczyny, bo za nami właśnie 13 listopada 2018, czyli tegoroczny Dzień Placka Ziemniaczanego. 

Danie to już od XVII wieku obecne jest na naszych stołach, jednak nadal się nie nudzi, smakuje świetnie zarówno z dodatkiem tylko kefiru lub cukru, ale i jako składnik nieco bardziej wyszukanych potraw.

Jeszcze jakiś czas temu pytając o najlepsze placki ziemniaczane we Wrocławiu, trafić mogliśmy tylko i wyłącznie w jedno miejsce – do plackarni nieopodal dzisiejszego pl. Jana Pawła II, gdzie codziennie gromadziły się tłumy po placki jedzone na słono lub słodko, na miejscu i na wynos. Dzisiaj w tym miejscu powstaje już jakaś nowa inwestycja deweloperska, a najlepsze chyba placki w mieście nie są już dostępne.




Jakiś czas temu trafiliśmy do Lviva – lokalu, który najpierw powstał niemal vis a vis kultowej plackarni, następnie przeniósł się na Włodkowica i gdzieś się zagubił na kulinarnej mapie Wrocławia. Licząc, że wróci (bo takie były obietnice), przypominamy, że Lvivskie placki były placuszkami bardzo delikatnymi, o kremowej wręcz konsystencji, ale można je było zamówić także z dodatkiem szpinaku i jajka sadzonego. Wówczas robiły się już sporych rozmiarów daniem, którym można było naprawdę solidnie się najeść.

Jeśli nie we Wrocławiu, to może w okolicy? Bardzo smaczne placki ziemniaczane podaje się również w Obornikach Śląskich, w restauracji Retro – pyszne i chrupiące w towarzystwie nie tylko śmietany, ale i świeżej surówki.

Z dodatkiem niewielkiej ilości sera na wierzchu, równie smaczne i świeże placki można zjeść w Jeleniej Górze. W tamtejszej restauracji Kucie Smaku warto jednak zamówić nie tylko placki – wyśmienity staropolski grzaniec będzie idealnym do nich towarzyszem.

Chrupiące placki ziemniaczane ze śmietaną zjecie także w Szczawnie-Zdroju. Tam znajdują się w karcie restauracji Pod Lwami. Zajadając, możecie rozkoszować się widokiem na piękne szczawieńskie krajobrazy.





Od dłuższego już czasu popularna jest u nas wersja placka ziemniaczanego podawanego z gulaszem. Zarezerwowana dawniej dla bogatszej części społeczeństwa, dzisiaj powszechna potrawa nosi miano placka po węgiersku i podawana bywa w rozmaitych konfiguracjach, z różnie przyrządzanymi gulaszami. Możemy wam polecić tę z Chaty Karkonoskiej. Jak na lokal w Szklarskiej Porębie przystało, porcja jest zacna.

Jeśli wolicie nieco mniejszych rozmiarów, zajrzyjcie może do Oślej Bramy w Książu – tutaj gulasz nieco bardziej delikatny, a i porcja mniejsza. Na dobre trawienie warto sięgnąć po podawaną tutaj sztygarówkę, czyli wytwarzaną w małych, limitowanych partiach lokalną wódkę smakową.



Dla prawdziwych fanów tego przysmaku nie ma jednak jak wycieczka do naszych sąsiadów – Czechów. Zachęcamy do odwiedzenia corocznej imprezy odbywającej się w miejscowości Kořenov, a noszącej nazwę Bramborové ukončení sezóny na Zubačce. Wprawdzie związane jest z koleją, jednak i miłośnicy dobrych smaków znajdą tutaj coś dla siebie.

Na przykład sejkory, czyli regionalny rodzaj placka ziemniaczanego, bardzo popularny na różnego rodzaju uroczystościach i jarmarkach, pieczony bezpośrednio na płycie (nie na patelni). Specyficzny smak, często z dodatkiem czosnku, ma swoje grono wielbicieli, które z roku na rok się powiększa. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji próbować, gorąco namawiamy.




A Waszym zdaniem gdzie podają najlepsze placki ziemniaczane na Dolnym Śląsku?

Orzeł, malina i piwnica | Ziębice

8.11.18
Jeśli nie macie planów na najbliższą sobotę, polecamy odwiedzić któreś z dolnośląskich miasteczek. Ot, na przykład Ziębice. 




Do Ziębic warto przyjechać pociągiem. Pomiędzy dworcem a rynkiem miniecie bowiem piękną (choć niestety nieco zaniedbaną) miejską zabudowę (m.in. szereg zabytkowych domów przy ul. Kolejowej) i jeszcze zanim wejdziecie na rynek, zdążycie odkryć urok tej miejscowości. Regularna średniowieczna starówka, wille i kamienice, zespół klasztorny krzyżowców z czerwoną gwiazdą, brama Paczkowska, nieużytkowana już dziś synagoga czy zespół cukrowni to tylko część obiektów wpisana do rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa.

Podczas spaceru warto zrobić sobie przerwę i spróbować pysznych wypieków serwowanych w Cafe Malina. Jest to jak na razie jedyna(!) kawiarnia w Ziębicach i istnieje niecały rok.

Skusiliśmy się na tort Leśny Mech oraz Rafaello i choć obydwa były smaczne, to właśnie kokosowa kostka wygrała rywalizację. Poza pysznym ciastem spróbowaliśmy też dobrej kawy, a wszystko to w przyjemnym jasnym wnętrzu z widokiem na ładny ziębicki rynek. I w przemiłej atmosferze. Poza ciachem i kawą są jeszcze lody, zdrowe koktajle i takie desery (np. pudding chia).




Po odpoczynku w kawiarence, koniecznie należy zajrzeć do jednej z ważniejszych atrakcji tej miejscowości, czyli Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego – jedyne takie w Polsce. Zwiedzanie trwa mniej więcej godzinę, możecie liczyć na opiekę i ciekawe opowieści przewodnika.

Jeśli po tym wszystkim zrobicie się głodni, zajrzyjcie do restauracji Ratuszowej, znajdującej się w ratuszowej piwnicy. Klimatyczne miejsce, całkiem przyjemne, z interesującą ofertą gastronomiczną. Czeskie piwa i spore porcje (także sałatek) powinny przypaść do gustu wszystkim spacerującym po mieście i okolicach. Zamówiliśmy pierogi ruskie i danie z patelni Rathauskeller.

Pierogi były naprawdę bardzo smaczne i bez wątpienia domowe, jednak trafiły na stół miejscami jeszcze zimne. Danie z patelni okazało się jednak strzałem w dziesiątkę – nie tylko gorące, ale smaczne i bardzo sycące. Ziemniaki, kiełbasa i jajka zaspokoją apetyt każdego wędrowca! Oczywiście dań jest znacznie więcej, obok tradycyjnego schabowego jest też pizza (podobno całkiem niezła – spróbujemy, być może, przy następnej wizycie).




Po takim solidnym obiedzie przyda się spacer – wybierzcie się do parku miejskiego, w którym wśród alejek odnajdziecie m.in. Zamek Wodny oraz stojący na wzgórzu parkowym im. Stanisława Firleja Pomnik Orła Piastowskiego wykonany w ziębickich Zakładach Maszyn Ceramicznych i Kamionki, który jest największą ceramiczną figurą orła w Europie. Pełne atrakcji turystycznych urokliwe dolnośląskie miasteczko to idealny wypad na weekend!



Cafe Malina
Ziębice: Rynek 30
od wtorku do piątku od 9 do 18, w weekendy od 10 do 19, w poniedziałki nieczynne
ok. 20 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
ciasta od 6 zł, gałka lodów 3 zł, kawa od 5 zł, herbata 6 zł, napoje od 3 zł
ostatnia wizyta: październik 2018



Ratuszowa
Ziębice: Rynek 44
codziennie od 11 do 22
ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
pizza 28cm 15-24 zł, 32 cm 19-28 zł, zupy od 6 zł, pierogi od 8 zł, dania obiadowe od 19 zł
kawa od 6 zł, herbata od 5 zł, napoje od 4 zł, piwo małe od 4 zł
ostatnia wizyta: październik 2018



Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego
Ziębice: Rynek 44
od wtorku do piątku od 10 do 16 (od czerwca do września od 9), w poniedziałki nieczynne
w soboty i niedziele wejścia o 12, 13, 14 i 15 (od czerwca do września dodatkowo o 11)
bilet normalny 6 zł, w soboty wstęp bezpłatny
ekspozycja: kuchnia, salonik mieszczański, sala etnograficzna, gabinet barokowy, kolekcja żelazek, kolekcja J. Langera, kolekcja rzeźby, kolekcja broni, kolekcja szkła, historia Ziębic
ostatnia wizyta: październik 2018

100 lat temu | Dawne schroniska w Sudetach

1.11.18
Gdy dziś wspominamy, jak kiedyś chodziliśmy po górach, to zazwyczaj zauważamy, że było jakoś tak mniej tłoczno i gwarno. Łatwiej było o wolne miejsce przy stole w schronisku, a turystyka górska wydawała się mniej masowa.

Gdy jednak cofniemy się jeszcze dalej, to okaże się że przed stuleciem dolnośląskie góry wcale takie ciche i spokojne nie były. Dzięki świetnie funkcjonującej kolei docierającej do najbardziej odległych górskich kurortów na niemieckim Śląsku turystyka górska wcale nie była sportem dla wybranych. To już nie rozrywka tylko dla arystokracji, w góry wybierała się niemiecka klasa średnia, urzędnicy i studenci.


Dokładnie 110 lat temu, w 1908 roku Dolny Śląsk odwiedził jeden z najbardziej znanych polskich krajoznawców, Mieczysław Orłowicz. Dwutygodniowa wycieczka wiodła z Wrocławia do Drezna, a z powrotem przez Łużyce i Karkonosze.

Jedną grupę uczestników zabrałem na trzydniową wycieczkę po Karkonoszach. W ciągu trzech dni przeszliśmy cały grzbiet od Śnieżki, zaczynając od Karpacza aż po Wysoki Kamień w Górach Izerskich, do Szklarskiej Poręby. Wędrując przez trzy dni napatrzyliśmy się do woli najbardziej filisterskiej turystyce, jaką sobie w górach w ogóle można wyobrazić. Przeszliśmy Karkonosze od wschodu do zachodu całym szlakiem, oglądaliśmy zbocza tak osobliwe, że dzisiaj, znając Karkonosze w ich obecnym wyglądzie i widząc publiczność jaka obecnie tam wędruje, nie wyobrażamy sobie, że te same góry mogły być koncentracją tak strasznego i hałaśliwego filisterstwa niemieckiego. W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale.

Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. Niewielki procent Niemców, chcąc zaimponować przechodniom mijanym na trasie wycieczki swoim obyciem z górami, wdziewała na niedzielne wędrówki kostiumy tyrolskie, które tygodniami chowane były w szafie jako przeznaczone do wdziewania na bale kostiumowe czy masowe w Berlinie lub Dreźnie. 

Ludzie szanujący obyczaje górali niemieckich w sposobie noszenia tego ubioru, który zostawiał dużą lukę między krótkimi skórzanymi spodenkami a wełnianymi zielonymi sztylpami na łydkach, odsłaniając nagie kolana, szanowali te nagie kolana. Część wszakże nie mogła znieść nagości prawdopodobnie ze względu na ochronę kolan, które lada wiaterek narażał na reumatyzm, i wciągała na kolana kalesony, stające się z każdą godziną bardziej brudne, tak że pod koniec dnia robiły wrażenie bardzo nieestetyczne. Owe brudne kalesony stały się niemal symbolem berlińczyka w tyrolskim kostiumie w Karkonoszach.

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. Wszystkie były w rękach Niemców, schronisk czeskich w owym czasie na grzbiecie Karkonoszy nie zauważyłem wcale. O ile tu nawet gospodarował ktoś pochodzący z austriackiej strony, to był Niemcem sudeckim, przewyższającym jeszcze w szowinizmie antyczeskim Niemców z Prus czy ze Śląska niemieckiego.

Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” – jeśli działo się to po stronie austriackiej – i odwrotnie: „Jeszcze 10 minut do najbliższego piwa bawarskiego”, o ile chodziło o stronę niemiecką.

Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, czy dla odmiany Loewen Brauhaus. I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy.

Wszyscy na ogół turyści śpiewali po drodze jak zarzynane bawoły i wśród tego ryku pijaków i chwiejnych korpusów wędrowało się całymi godzinami. W dodatku co 100 metrów stała katarynka, przeważnie własność Niemców czeskich, i wygrywała dla dodania ducha maszerującym turystom wiedeńskie walce i marsze, a białe myszy lub zielone papugi ciągnęły wśród wielkiego wrzasku losy zakochanym parom.

Tak oto wyglądała turystyka w Sudetach, specjalnie w Karkonoszach w 1908 roku. Nie mogła zaimponować autentycznym turystom z Tatr czy Karpat Wschodnich, jak nasza garstka członków AKT, toteż dr Jakubowski krzyczał na mnie wielkim głosem Mietku, po co żeś nas między tych filistrów przyprowadził, uciekajmy stąd jak najprędzej, bo tu można ogłuchnąć od pijackiego wrzasku.

I tak wytrzymaliśmy jakoś 3 dni, zwiedzając wodospady funkcjonujące tylko za opłatą 20 fenigów zarówno wysoko przy źródłach Łaby, jak i nisko tuż pod Karpaczem czy Szklarską Porębą. W tych miejscowościach oglądaliśmy wcale dowcipne rzeźby, którymi ozdobione były wszystkie ławki i chodniki. Ale to nie wzbudzało w owym czasie naszego entuzjazmu Karkonoszami czy innymi grupami Sudetów. Powiedzieliśmy sobie, że te góry nie wytrzymują porównania z naszymi Karpatami Wschodnimi, i to nie z Gorganami czy Czarnohorą ale nawet z Bieszczadami.


Schlingelbaude (nieistniejące schronisko im. Bronka Czecha w Karkonoszach)


Neue Schlesische Baude (obecnie schronisko Na Hali Szrenickiej)


Maria Schnee Baude (obecnie schronisko Na Iglicznej)


Iserkammbaude (nieistniejące schronisko na Polanie Izerskiej)


Passhohe Baude (obecne schronisko Jagodna)


Prinz Heinrich Baude (nieistniejące schronisko położone na krawędzi Kotła Wielkiego Stawy


Stille Liebe Baude (obecnie schronisko Pod Muflonem)


Schweizerhaus (obecnie schronisko Na Szczelińcu)


Glatzer Schneeberg Schweizerei (obecnie schronisko Na Śnieżniku)


Rosenbaude (obecnie nieistniejące schronisko w Kaczorowie)


Teichbaude (obecnie schronisko Samotnia)


Hampelbaude (obecnie schronisko Strzecha Akademicka)


Reiftragerbaude (obecnie schronisko na Szrenicy)

Obsługiwane przez usługę Blogger.