Featured

12/recent

Łużycka Wielkanoc | Okolice Zgorzelca

29.3.18
Jeśli za późno przypomnieliście sobie o Wielkanocy i nie zdążyliście odwiedzić jednego z wielu dolnośląskich jarmarków przedświątecznych, obejrzeć prezentacji stołów wielkanocnych albo zapisać się na warsztaty z przygotowywania ozdób, to mamy dla Was interesującą propozycję związaną ze Świętami Wielkiej Nocy. Aby z niej skorzystać, musicie zajrzeć do Zgorzelca!

Zgorzelec i Görlitz tworzą jedyne w swoim rodzaju miasto. Rozdzielone rzeką i granicą po 1945 od kilkunastu lat na nową budują swoją, wspólną tożsamość. Zgorzelec to także świetne miejsce wypadowe do odwiedzanie atrakcji turystycznych położonych u naszych zachodnich sąsiadów. Między Zgorzelcem a Görlitz można przejść na pieszo lub przejechać (obecnie bezpłatnie!) most graniczny pociągiem ze stacji Zgorzelec (dawny Zgorzelec Ujazd) do stacji Görlitz.

Koncert przy Wielkim Płótnie Wielkopostnym / fot. Thomas Glaubitz 

Za Nysą najważniejszy dzień Świąt Wielkanocnych to Wielki Piątek, który jako dzień śmierci Chrystusa nazywany jest także Cichym Piątkiem. Ten ustawowo wolny od pracy dzień nasi sąsiedzi przeznaczą na wspólne modlitwy w kościołach, a po nabożeństwach księża zaproszą ich na agapę - wspólny symboliczny posiłek złożony z chleba, wina i wody. Niemców, inaczej niż nas, nie obowiązuje tego dnia ścisły post, ale na ich stołach i tak tego dnia pojawia się zwykle tradycyjna ryba i jajka w kwaśnym sosie.

Spokojnie upłynie za Nysą także Wielka Sobota. To dzień wyciszenia i tylko w niektórych regionach Niemiec katolicy poświęcą ogień ze świecy paschalnej, którym później zapalają domowe świece wielkanocne.

Powszechny w Polsce zwyczaj sobotniego święcenia pokarmów jest naszym sąsiadom obcy, dlatego kiedy w Niedzielę Wielkanocną, po odprawionej wczesnym rankiem mszy rezurekcyjnej, zasiądą do świątecznego śniadania, nie podzielą się przed nim jajkiem, tak jak my. Tego dnia na niemieckich stołach królować będzie pieczeń barania, pasztety, wędliny, babki drożdżowe i serniki, często wypiekane w formach w kształcie baranka oraz nieznany u nas chleb orzechowy i… obowiązkowy zajączek, najlepiej z cukru lub czekolady.

Ten symbol świąt wiąże się z główną tradycją niemieckiej Niedzieli Wielkanocnej. To wyczekiwana przez najmłodszych zabawa w szukanie "zajączka", czyli ukrytych w ogrodzie lub mieszkaniu, małych prezentów - kolorowych jajek, czy czekoladowych zajączków, często umieszczonych w specjalnie uplecionych gniazdach.

Wielkanocny Poniedziałek przebiega w Niemczech bez mokrych niespodzianek w postaci śmigusa – dyngusa, jak u nas. Nasi sąsiedzi poświęcają ten dzień na odpoczynek, spotkania w gronie rodziny i znajomych lub na jednodniowe wycieczki za miasto.

Okazuje się więc, że mimo wspólnej dla wszystkich chrześcijan tradycji Wielkiego Tygodnia, w zależności od wyznania, kraju i regionu, kładziemy nacisk na inne aspekty świąt Wielkanocnych, różnie je celebrujemy i hołdujemy różnym tradycjom. Bezdyskusyjnym elementem wspólnym wielkanocnego świętowania jest …jajko – symbol nowego życia i obowiązkowy wielkanocny rekwizyt. Kolorowe pisanki, misternie zdobione kraszanki, barwne wydmuszki zdobiące drzewka i bukiety – bez względu na formę, są w czasie tych świąt wszechobecne.

Starym, ale wciąż pielęgnowanym na Górnych Łużycach wielkanocnym zwyczajem, znanym również w kilku regionach Polski, są procesje konne, które odbywają się w Niedzielę Wielkanocną. Jedna z takich wielkanocnych kawalkad wyrusza każdego roku w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego spod kościoła parafialnego pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Ostritz, skąd kieruje się do klasztoru St. Marienthal.

Procesja jeźdźców w Ostritz / fot. Janusz Pawul

W wydarzeniu bierze udział ok. 100 odświętnie ubranych jeźdźców, którzy głoszą chrześcijańską dobrą nowinę, że Jezus powstał z martwych oraz modlą się o dobre zbiory i Bożą pomoc dla ludzi i przyrody. W drodze do klasztoru kawalkada zatrzymuje się przy stacjach, na których czytana jest Ewangelia wielkanocna. Stacji jest pięć. Czwarta z nich wypada przy krzyżu na jednym z okolicznych wzgórz, gdzie jeźdźcy modlą się w intencji zmarłych kolegów.

Na koniec, na dziedzińcu klasztornym w St. Marienthal kapłan udziela jeźdźcom i wiernym błogosławieństwa. Po opuszczeniu klasztoru jeźdźcy wyruszają na pola, by błogosławić siew. Co roku Kawalkada Wielkanocna wyrusza z Ostritz o godzinie 13.00 i ok. 13.45 dociera do klasztoru St. Marienthal.

Poprzedzający Wielkanoc czas duchowego przygotowania na nadejście świąt to dobra okazja, aby odwiedzić położoną niedaleko Zgorzelca Żytawę (Zittau), gdzie podziwiać można unikalny i bardzo cenny zabytek okresu średniowiecza. Jest nim dekorowana tkanina służąca do zasłaniania ołtarza na czas Wielkiego Postu.

Zasłon, czy też całunów wielkopostnych (łac. velum quadragesimale) zaczęto używać około roku tysięcznego, kiedy rozpowszechnił się zwyczaj zakrywania na czas Wielkiego Postu ołtarzy, relikwii lub obrazów przed spojrzeniami parafian. Oprócz tego zasłony, podobnie jak zdobione bogato drewniane nastawy ołtarzowe (łac. retabulum), czy malowidła ścienne, pełniły rolę obrazkowej biblii dla niepiśmiennych wiernych.

Wykonane z tkaniny, były podatne na niszczenie. Nic więc dziwnego, że do naszych czasów zachowały się nieliczne egzemplarze: 13 w Austrii, 2 w Szwajcarii, po jednym w Lichtensteinie i we Włoszech i 2 w Niemczech, w Żytawie właśnie.

Biblia Żytawska, czyli Wielkie Płótno Wielkopostne / fot. Rene Egmont Pech

W pełni zachowane, ogromne płótno wielkopostne, nazywane też "Biblią Żytawską", podziwiać można w żytawskim kościele Św. Krzyża. Po konserwacji, której w latach 1994-1995 podjęła się szwajcarska Fundacja Abegg-Stiftung, to niezwykle cenne dzieło o wymiarach 8,2 m wysokości i 6,2 m szerokości, eksponowane jest w specjalnie do tego celu wykonanej, największej na świecie szklanej gablocie.

To bez wątpienia jedno z największych, najstarszych i z punktu widzenia artystycznego, najbardziej interesujących dzieł sztuki tego typu na świecie. Ufundowane w 1472 roku przez miejscowego kupca Jacoba Gürtlera, wykonane przez nieznanego mistrza dzieło zostało podarowane kościołowi św. Jana w Żytawie, gdzie służyło do zasłaniania prezbiterium w okresie od środy popielcowej do środy w Wielkim Tygodniu.

Wykonaną z sześciu, połączonych jeszcze przed pomalowaniem, pasów tkaniny zasłonę zdobi 90, dość dużych obrazów namalowanych farbami temperowymi, przedstawiających sceny ze Starego i Nowego Testamentu, od Stworzenia Świata aż po Sąd Ostateczny. Artysta ułożył je poziomo, po dziewięć w dziesięciu "wierszach", dzięki czemu zasłonę "czyta" się jak stronę w książce. Na obrzeżach płótna umieszczono przedstawienia czterech ewangelistów, herby Czech i Żytawy, postać Mojżesza oraz herb i podobizna fundatora, a także liczne zwierzęta.

W Żytawie zachowały się dwie zasłony wielkopostne. Odrestaurowane w ty samym czasie, przez tę samą szwajcarską fundację, są udostępniane zwiedzającym w dwóch różnych miejscach, dlatego aby obejrzeć drugi z cennych zabytków trzeba odwiedzić żytawskie Muzeum Historii Kultury w klasztorze franciszkańskim (Kulturhistorisches Museum Franziskanerkloster).

Tzw. Mała Zasłona Wielkopostna różni się od Biblii Żytawskiej, czyli Dużej Zasłony Wielkopostnej, przede wszystkim wymiarami, które wynoszą, bagatela, 4,30 m długości i 3,40 m szerokości, ale też tematyką. W przeciwieństwie do Wielkiej Zasłony przedstawia ona bowiem monumentalną scenę Ukrzyżowania w obramowaniu ponad 40 symboli pasyjnych (tzw. Arma Christi), jest więc bardziej od poprzedniczki jednorodna tematycznie.

Dzieło namalowane przez nieznanego mistrza odnosi się do twórczości takich wielkich mistrzów, jak: Dürer, Grünewald, czy Michał Anioł i jest jedyną zasłoną postną wykonaną na zlecenie gminy ewangelickiej. Do roku 1684 zasłaniała ołtarz główny w żytawskim kościele św. Jana. Warto też wiedzieć, że to jedyna zasłona postna typu Arma Christi w Niemczech i jedna z zaledwie sześciu na świecie tego typu zasłon, jakie zachowały się do dzisiaj. To szczególnie drogocenny zabytek.

Grób Pański w Görlitz / fot. Renata Burdosz

Via Dolorosa, Droga Cierpienia, Droga Krzyżowa. Ta prawdziwa, jerozolimska liczy podobno niespełna tysiąc kroków. To mało, czy dużo? W Görlitz można przekonać się o tym samemu. Przemierzając Drogę Krzyżową, która tak samo jak w Jerozolimie prowadzi do kaplicy Świętego Grobu. A dokładnie do jego słynnej repliki – głównej atrakcji zabytkowego kompleksu sakralnego. 

Łużycka Via Dolorosa bierze swój początek od małych drzwi w murze ewangelickiego kościoła św. Piotra i Pawła. To wejście do "celi Piłata" i zarazem początek starej Drogi Krzyżowej, która przez Przedmieście Mikołajskie i uliczką Lunitz prowadzi do jedynego w swoim rodzaju kompleksu pasyjnego, wybudowanego na przełomie XV i XVI wieku.

Kiedyś jej rytm wyznaczało siedem stacji męki Pańskiej. Dwie z nich: jedna u wylotu Lunitz, przy Jezusowej Piekarni, druga przy długich schodach prowadzących do kompleksu Świętego Grobu, przetrwały do dzisiaj i jak przed wiekami są świadkami wielkopiątkowych misteriów Drogi Krzyżowej. Współczesnych, ale zakorzenionych w wielowiekowej chrześcijańskiej tradycji.

Unikalny sakralny zespół architektoniczny, którego największą atrakcją jest utrzymana w stylu romańsko-mauretańskim, nieznacznie odbiegająca od nieistniejącego już oryginału kopia kaplicy Grobu Świętego w Jerozolimie, powstał na symbolizującym Golgotę wzgórzu między 1480 (rok, w którym biskup Jan z Budziszyna wydał pozwolenie na wzniesienie kopii grobu Pańskiego) a 1504 rokiem.

Grób Pański w Görlitz na starej rycinie

W 1555 roku Palestynę nawiedziło trzęsienie ziemi, na skutek którego całkowitemu zniszczeniu uległa budowla uchodząca w świecie chrześcijańskim za prawdziwy grób Pański. Zrujnowane miejsce aż do 1808 roku czekało na odbudowę. Niestety odbudowana kaplica Grobu Pańskiego okazała się bardzo odległa od oryginału, nie zachowując ani jego proporcji, ani szczegółów. I właśnie dlatego średniowieczna  kopia kaplicy Grobu Świętego z Goerlitz, której wymiary tylko nieznacznie odbiegają od zniszczonego kataklizmem pierwowzoru, uchodzi za wierniejszą oryginałowi niż  budowla odwiedzana obecnie przez pielgrzymów w Jerozolimie.

Fundatorem słynnej repliki był Georg Emmerich, syn bogatego patrycjusza, późniejszy sześciokrotny burmistrz Goerlitz, zmuszony do odbycia pielgrzymki pokutnej do Ziemi Świętej po tym, jak wywołał skandal obyczajowy uwodząc córkę rajcy miejskiego. Po powrocie z Jerozolimy, gdzie nie tylko uzyskał całkowite rozgrzeszenie, ale też został pasowany na rycerza Grobu Pańskiego, postanowił wybudować na wzgórzu, nieopodal murów miejskich, niezwykłą pamiątkę swej podróży.

Kopia jerozolimskiej kaplicy stała się częścią większego założenia, na które składają się ufundowane przez ówczesną radę miejską: kaplica Świętego Krzyża i kaplica Namaszczenia ze średniowieczną Pietą. Pierwsza z nich to dwupoziomowa budowla, w której mieszczą się Kaplica Adama na dole i Kaplica Golgoty na górze. Zwiedzający znajdą tam liczne symbole chrześcijaństwa, odwołania do nowego Testamentu i rekwizyty takie jak np.: kości, którymi legioniści rzymscy rzucali losy o suknię Jezusa, tabliczkę umieszczoną na krzyżu nad głową Jezusa z napisem INRJ, trzy otwory na krzyże czy pęknięcie w ścianie przypominające jak po śmierci Jezusa zasłona przybytku świątyni rozdarła się na dwoje. Całość miała służyć okolicznym mieszkańcom, których nie było stać na kilkunastomiesięczną podróż do Jerozolimy.

Założenie powstało w miejscu, które nie tylko długością Drogi Krzyżowej, ale też topografią możliwie jak najdokładniej przypomina jerozolimski oryginał. Wybudowano je bowiem na wzgórzu za miastem, w pobliżu symbolizującego jerozolimski Kydron potoku Lunitz i nieopodal namiastki Ogrodu Oliwnego, w którym dzisiaj zamiast drzew oliwnych podziwiać można różne gatunki jabłoni. Prowadzi do niego droga przecinająca Łąkę Apostołów, która wiosną rozkwita symbolizującymi odradzającą się nadzieję żonkilami, ciesząc oczy i wyzwalając radość. A górujące nad tym pięknym ogrodem symboliczne Drzewo Oliwne skłania do głębszej refleksji nad życiem. Warto na nie spojrzeć z perspektywy Łużyckiego Jerusalem. Szczególnie w czasie Wielkanocy.

Kościół Św. Krzyża / fot. Thomas Glaubitz
______________
Za pomoc w przygotowaniu materiału oraz udostępnienie fotografii dziękujemy pani Renacie Burdosz z Urzędu Miasta w Zgorzelcu oraz panu Kaiowi Grebaschowi, rzecznikowi Urzędu Miasta w Zittau.


Berghotel zur Teichmann-Baude | Brückenberg

22.3.18
Gdy 50 lat temu, 20 marca 1968 roku, zeszła największa w polskich górach lawina w Białym Jarze, ratownicy poszukiwali ofiar przez ponad 2 tygodnie przekopując w lawinisku ponad 700 korytarzy. Za bazę służył wtedy hotel Orlinek w Bierutowicach, czyli dzisiejszym Karpaczu Górnym.

Hotel powstał na dość rozległej polanie śródleśnej, gdzie wcześniej znajdowała się buda pasterska od II połowy XX wieku pełniąca rolę schroniska. Okazały Berghotel zur Teichmann-Baude wzniesiono w Brückenbergu (dzisiejszym Karpaczu Górnym) w 1913 roku w stylu sudeckim. Hotel dysponował 200 miejscami noclegowymi, dużą restauracją z barem, tarasami widokowymi.

Po II wojnie światowej w hotelu urządzono szkołę wojskową dla sierot wojennych, którą prowadził harcmistrz Zygmunt Pytliński ps. Sławek. Po kilku latach szkołę przekształcono w prewentorium dla dzieci, a w latach 60. ponownie uruchomiono tu hotel pod nazwą "Orlinek", którym zarządzało jeleniogórskie Przedsiębiorstwo Turystyczne "Turystyka". Sama nazwa hotelu pochodzi prawdopodobnie właśnie od wcześniejszej szkoły, którą określano mianem Szkoły Orląt Grunwaldzkich.

Poniżej możecie obejrzeć wnętrza hotelu górskiego Zur Teichmann-Baude z lat międzywojennych. Autorzy nieznani, źródło: www.dolny-slask.org.pl, www.fotopolska.eu















8 miejsc, w których warto spróbować pierogów

15.3.18
Pierogi ruskie, z mięsem, z kapustą i pieczarkami… Pierogi na słodko (np. z truskawkami) lub w unowocześnionej wersji (ze szpinakiem lub ricottą)... Pielmieni, ravioli, wonton… Któż nie lubi tego dania?

Historia pierogów sięga daleko w przeszłość, zaczyna się podobno wcale nie w staropolskich kuchniach, lecz w … Chinach (tak, właśnie tam, miały farsz z pekińskiej kapusty i do dzisiaj przygotowywane są na przyjęcia, na których Chińczycy witają Nowy Rok).

My jednak nie musimy mieć kompleksów, bo i u nas sporą tradycję pierogi mają, a kreatywność współczesnych kucharzy nie ma sobie równych i poza tradycyjnymi smakami mamy już tyle ich rodzajów, że nie sposób zliczyć.

A gdzie zjeść pierogi na Dolnym Śląsku? Nasz subiektywny wybór kilku miejsc prezentujemy poniżej, doskonale jednak wiemy, że nie wyczerpuje on nawet części lokali, w których pierogi są na naprawdę wysokim poziomie. Dlatego też – piszcie w komentarzach i zachwalajcie inne miejsca z doskonałymi pierogami w różnych smakach i odmianach.


Na początek pierogi, których już nie spróbujecie. Bardzo dobre, a jednocześnie prosto przyrządzone pierogi ruskie zjedliśmy w wałbrzyskim Harcówce. To bardzo ciekawe miejsce, bo to takie typowe schronisko (formalnie "dom turysty") ale położone w miejskim parku. Pierogi wprawdzie pływały w maśle, co mogłoby niektórych odstraszyć, jednak naprawdę były bardzo, bardzo dobre. Obecnie Harcówka przechodzi remont – na pewno sprawdzimy, czy po zmianie właściciela będzie można zjeść jeszcze tak pyszne ruskie!


Jednym z ulubionych miejsc na pierogową ucztę jest też dla nas Chata Ducha Gór i to nie tylko dlatego, że znajduje się w Szklarskiej Porębie. Pierogi tam podawane mają idealnie cienkie ciasto i maksymalnie dużo dobrze przyprawionego farszu. Serwowana porcja jest dość spora, a nie uderzy nas mocno po kieszeni, jeśli więc czujecie wielki głód pierogów – śmiało zaglądajcie.


Dla tych, którzy zamiast tradycyjnych ruskich woleliby zjeść pierogi w nieco odświeżonej wersji, dobrą propozycję ma także nieodległa Jelenia Góra. Śmiało polecić możemy Sofę, w której dostać można pierogi z sosem pomidorowym, z delikatnym lekkim nadzieniem, w którym znajdziemy ser mozzarella, parmezan, ser żółty i suszone pomidory.


Lekkie i delikatne były też te, których próbowaliśmy w Polanicy-Zdroju, w restauracji o jakże prostej nazwie "Polskie Smaki", doskonałe ciasto wypełniał farsz z gęsiny, całość zaś ułożona była na musie z jabłek i chrzanu. Pycha!


Nową, świeżą odsłonę pierogów ma dla nas także Gluten Appetit, w którym to lokalu szpinakowe nawet kolor mają zielony, a ich smakowi trudno coś zarzucić. Poza nimi także w wersji z kaszą gryczaną lub na słodko – jak kto woli.


Zdecydowanie jedne z najlepszych pierogów, jakie jedliśmy, podano nam w świdnickiej restauracji Rynek 43. Pierożki były w przepysznym sosie z soczewicy, stanowiły jednak jeden ze specjałów miesiąca, które jak sama nazwa mówi co miesiąc się zmieniają. W obecnym menu znajdziecie pierogi z soczewicą, boczniakami i sosem z roszponki.


Znudziły Wam się już nasze polskie pierogi? To może spróbujecie pielmieni w Lvivie. Niewielkie pierożki z mięsnym farszem smakują dobrze zarówno w rosole, jak i bez niego, w towarzystwie na przykład kwaśnej śmietany. Te Lvivskie są naprawdę na naszym wrocławskim rynku kulinarnym wyjątkowe i jeśli chcecie spróbować ukraińskiego specjału, koniecznie tam zajrzyjcie.


A może Gruzja? Obecne w gruzińskiej kuchni chinkali z pewnością dla niejednego z Was już jest, a dla wielu jeszcze będzie, prawdziwym przysmakiem. Elastyczne, niezbyt grube ciasto wypełnione pikantnym rosołem (czasami z dodatkiem świeżych ziół) oraz – przede wszystkim – smacznym mięsem nie w każdym jednak miejscu smakuje dobrze, wiele zależy od sposobu przyrządzenia. My lubimy te we wrocławskiej Chinkalni.

A Wy gdzie zwykle jadacie pierogi?

Czy warto żyć bez glutenu? | Gluten Appetit | Wrocław

8.3.18
Kluski, pierogi, makarony… Kto nie lubi ich smaku, kto nie zajadał się w dzieciństwie lub kto z chęcią nie sięgał po nie w dorosłym już życiu, ręka w górę! 

Oczywiście wszyscy je lubimy. Nasze „narodowe” pierogi ruskie, przepyszne kluski śląskie obowiązkowo podawane z czerwoną kapustą i roladą na niedzielny obiad lub gotowane i zapiekane makarony, zarówno w naszej wersji, jak i serwowane na sposób włoski…

Ostatnio jednak coraz więcej osób przechodzi obok tych smakołyków obojętnie, a szukając w menu dania dla siebie, rozmyślnie omija wszystkie wyżej wymienione. Powód takiego postępowania jest jeden i nazywa się gluten.

Gluten to białko roślinne występujące w nasionach pszenicy, żyta i jęczmienia. To właśnie gluten powoduje, że nasze wypieki są pulchne, elastyczne i zachowują świeżość w kilka jeszcze dni po przygotowaniu. Mimo tych zalet może jednak szkodzić – są wśród nas osoby, które mają szczególnego rodzaju nietolerancję pokarmową, czyli celiakię, której nie da się wyleczyć i która powoduje, że organizm na wszelkie dawki glutenu reaguje po prostu źle.

Dotyczy ona jedna 1% naszego społeczeństwa, dodatkowo 3-5% z nas cierpieć może na alergię na gluten bądź cechować się pewną nadwrażliwością na jego występowanie. I to tyle. Wszystkie pozostałe osoby gluten tolerują i powinny się zastanowić nad jego unikaniem, bo – jak w przypadku każdej diety eliminacyjnej – możemy sobie w większym stopniu zaszkodzić niż pomóc. Warto taki krok skonsultować zawsze z dietetykiem.

Nie dyskutujemy zatem z tym, że są osoby, którym gluten szkodzi. Zgodzić się jednak wypada, że mamy teraz swego rodzaju modę na produkty czy jedzenie „bez” - bez laktozy, bez cukru, bez glutenu. Na przekór tej modzie, a w sukurs wszystkim lubującym się w kluskach i kluseczkach, przychodzi Gluten Appetit.




Nowoczesny, urządzony ze smakiem, utrzymany w odcieniach zieleni lokal stylizowany nieco na bar mleczy znajdujący się przy ul. Szczytnickiej 54 we Wrocławiu jest rajem dla wszystkich, którzy nie wyobrażają sobie życia bez pierogów. Nic więc dziwnego, że wybór jest bardzo duży: są pierogi ruskie, z mięsem, takie z kaszą gryczaną, z serkiem ricotta, są też szpinakowe – nie tylko nadziane szpinakiem, ale i zielone! Takie właśnie zamówiliśmy w lokalu podczas ostatniej wizyty i gwarantujemy, że wyglądały smacznie, a smakowały jeszcze lepiej. Nadzienie ma ostry, wyrazisty smak, ciasto jest delikatne i cienkie, a całości dopełnia lekki sos na bazie jogurtu.

Jako że to nie pierwsza nasza bytność w Gluten Appetit, możemy zaświadczyć, że i inne pierogi są smaczne – te z mięsem na przykład lub z kaszą gryczaną. Podobnie zresztą jak inne dania, kojarzone z domową kuchnią w wydaniu polskim, np. pyzy czy włoskim, jak serwowane w kilku wersjach gnocchi.

Spróbowaliśmy również makaronu z pulpecikami, który także polecamy. Po pierwsze dlatego, że makaron był bardzo dobrze ugotowany. Po drugie – z uwagi na sos, w którym znaleźć można było kawałki pomidorów i który miał delikatny świeży smak, bez wszechobecnego przecieru (o keczupie nie wspominając). Po trzecie natomiast z racji takiej, że pulpeciki były przepyszne. Idealnie skomponowane z mięsem zioła świetnie współgrały z sosem i całość była naprawdę bardzo dobra.



Dodajmy też, że w lokalu serwowane są różne zupy – codziennie inna. Jest na przykład ogórkowa, krem z pieczonego ziemniaka czy zupa z soczewicy (tą polecamy szczególnie). Porcja zupy jest dość spora, zatem jeśli planujecie jeszcze zjeść pierogi, dobrze przemyślcie swoją decyzję. No i skoro lokal a’la bar mleczny, nie może zabraknąć kompotu, który zawsze w Glutenie dostaniecie.

Ceny przystępne, choć nie najniższe (za porcję pierogów, liczącą 8 sztuk, zapłacimy 18 zł, makaron z pulpecikami zjedliśmy za 22 złote, zupy są zwykle za 9 zł, zaś jeden kompot z kawałkami owoców to koszt rzędu 4 zł), czas oczekiwania niedługi, a jedzenie bardzo dobre i w wielu przypadkach znacznie lżejsze niż można by się tego spodziewać po klasycznych glutenowych przysmakach.



Gluten Appetit
Wrocław: ul. Szczytnicka 54/1b (róg Ładnej)
codziennie od 11 do 20
około 20 miejsc, wystrój minimalistyczny, atmosfera swobodna, strój nieformalny
zupy od 9 zł, pierogi od 16 zł, makarony od 22 zł
kompot 4 zł, herbata 6 zł, kawa od 8 zł

1 dzień | Szklarska Poręba

1.3.18
Już w ten weekend w Szklarskiej Porębie odbędzie się Bieg Piastów - najstarsza i największa w Polsce impreza narciarska, w której rokrocznie udział bierze kilka tysięcy osób w różnym wieku, zarówno z Polski, jak i z zagranicy. Organizatorem tej imprezy jest Stowarzyszenie Bieg Piastów, które sprawuje pieczę nad nią od 1976 roku, w którym to miał miejsce pierwszy masowy bieg narciarski.

Jeśli nie z tej okazji, warto w najbliższy weekend zajrzeć do Szklarskiej Poręby – zima w pełni, która wprawdzie w większych miastach, zgodnie z prognozami, będzie już powoli ustępować, w Szklarskiej Porębie na pewno nie odda pola wiośnie w te pierwsze marcowe dni. Śnieg, mróz, piękne krajobrazy – nawet jeden dzień w Szklarskiej Porębie wprawić nas może w dobry nastrój.

Trasy biegowe w Jakuszycach zarządzane przez Stowarzyszenie Bieg Piastów / fot. Beata Płucieńczak
Aby jednak mieć dobry humor, zadbać należy nie tylko o ciepłe ubrania, ale też o rozgrzanie żołądka. Co i gdzie zjeść w Szklarskiej Porębie? 

Właściwie najtrudniej znaleźć miejsce na śniadanie, może dlatego że wiele hoteli i pensjonatów oferuje je w cenie noclegu? Jeśli jednak przyjedziemy do Szklarskiej Poręby wcześnie (a możliwość taka jest, bo pierwszy pociąg z Wrocławia zjawia się tam już w chwilę po ósmej), to zbyt dużego wyboru nie będziemy mieli.

Wśród najwcześniej otwieranych kawiarni i restauracji znajdzie się Fantazja, czynna od 10, w sezonie nieraz od 9, ale na szczęście jest Bistro Szklarka, zlokalizowane bezpośrednio w budynku dworca, w którym jakąś przekąskę popijemy ciepłą kawą już właściwie od 8:00. Jeśli więc po wyjściu z pociągu zastanawiać się będziecie, czy skorzystać z wypisanego na potykaczu zaproszenia, czy może jednak poszukać innych opcji, podpowiadamy – skorzystajcie.



Bistro Szklarka ulokowane na dworcu Szklarska Poręba Górna w miejscu dawnych kas biletowych / fot. Wojciech Głodek

Tym bardziej, że przekąski w Szklarce smaczne, kawa bardzo dobra, a przy okazji można poczytać, zapoznać się z lokalnymi atrakcjami, a przy okazji pomyśleć o wiosennych przejażdżkach rowerem (w Szklarce można wypożyczyć rower, a także zostawić bagaż).

Po śniadaniu, wzmocnieni kawą, herbatą czy innym ciepłym napojem, możemy ruszać na przechadzkę. Taką mniej wymagającą, po Szklarskiej Porębie, z ewentualną przejażdżką do Jakuszyc, lub wymagającą od nas znacznie więcej – siły, chęci i samozaparcia (czyli na któryś z górskich szlaków). Możemy pojeździć na nartach lub na desce albo tylko popatrzeć na tych, którzy aktywność taką realizują. Możliwości mamy wiele.

Zimą w Szklarskiej Porębie panuje nie mały ruch, warto zamienić samochód na pociąg / fot. Wojciech Głodek

Bez względu jednak na to, co będziemy robić, w porze obiadowej myśli nasze poszybują ku ciepłemu posiłkowi, a zaostrzone górskim (czystym!) powietrzem apetyty nie pozwolą nam zadowolić się jedynie lekką sałatką lub grillowanym oscypkiem. Na szczęście o ile miejsce na śniadanie trudno znaleźć, o tyle z miejscem na obiad tego typu problemów już nie ma. Wręcz przeciwnie – jest tyle możliwości, że czasami trudno podjąć decyzję.

My na pewno możemy Wam polecić Niebo w gębie ze smacznym jedzeniem serwowanym w ogromnych porcjach. Jeśli nie jesteście bardzo głodni, lepiej nie zamawiajcie schabowego w tym lokalu, nie decydujcie się też na miskę zupy. Z uwagi na popularność restauracji, nieco długo czeka się na danie (a czasami również na stolik, bo i o miejsce niełatwo zwłaszcza w sezonie). Z pewnością jednak Niebo w gębie jest miejscem ze Szklarską Porębą kojarzonym, warto zatem tam zajrzeć.

Jeśli jednak nie będzie miejsca w Niebie, warto zajrzeć tam, gdzie roi się od dziwnych stworów i tajemniczych dekoracji w ciemnym wnętrzu, czyli do … Metafory. Klimatyczny, przestronny lokal, dla nas na zawsze już kojarzący się z pieczonymi ziemniakami z dodatkiem różnego rodzaju farszu. Ale w karcie znacznie więcej, bo i pierogi, i kwaśnica, a i kotlety różnego rodzaju też są. Porcje duże, ceny przystępne (a dla uczestników Biegu Piastów mają 10% zniżki!).

Wnętrze restauracji Metafora specjalizującej się w kuchni polskiej / fot. Wojciech Głodek

Restauracja Retro oferująca pizze i kuchnię włoską / fot. Wojciech Głodek

Jeżeli jednak ciężka kuchnia Wam nie w smak, warto odwiedzić na przykład restaurację Retro, w której obok kwaśnicy, gulaszu kawalerzysty i bigosu po karkonosku w menu znajduje się duszony łosoś, pstrąg oraz sałatki. Można również zjeść całkiem dobrą pizzę. Przyjemny wystrój, delikatny jazz w tle to na pewno dodatkowe plusy lokalu.

Po obiedzie warto jeszcze odbyć krótki spacer i przyjrzeć się Szklarskiej Porębie w zapadającym powoli zmierzchu. A gdy mamy jeszcze ochotę dzień zakończyć delikatnym podwieczorkiem, rozważmy kilka propozycji.

Na słodko? Może La Kaloria? Cudowne kawiarnia, jedna z naszych ulubionych, w której zawsze jest dobra kawa (także parzona) i herbata oraz przepyszne ciasta i desery. Ile razy byliśmy, trudno nam samym zliczyć, zawsze jednak zamówiony sernik czy kawałek tortu smakował nam równie dobrze.

A ci, którzy nie przepadają za słodyczami, może zajrzą do Na winklu? Różnorodne piwa, w tym na przykład bardzo dobry czeski Konrad (zwłaszcza czerwony) oraz różne, mniejsze i większe, do tych piw przekąski gwarantują przyjemny wieczór. Tu dla tych, którzy w Szklarskiej Porębie jakiś czas nie byli podpowiedź, Na winklu zostało przeniesione i nie należy go już szukać w okolicach ul. 1 Maja, a za to za Bankiem Zachodnim pod nową(!) nazwą Stary Winkiel.


Pyszne ciasta w kawiarni La Kaloria w centrum Szklarskiej Poręby / fot. Wojciech Głodek

Wbrew napisom w kuflach Na Winklu jest piwo z libereckiego browaru Konrad / fot. Wojciech Głodek
Letnią natomiast porą polecamy także Widok. Nie mieliśmy okazji jeszcze tutaj nic jeść (choć jedzenie ponoć całkiem przyzwoite), za to zdarzyło nam się parę razy przysiąść na piwo (zimne latem i grzane w któryś z jesiennych wieczorów) i za każdym razem cieszył nas przede wszystkim… piękny widok - na główny trakt Szklarskiej Poręby, a nad nim i budynkami oczywiście na Szrenicę.

Jeśli nawet nie w ten weekend jeszcze, zajrzyjcie tutaj w któreś z wiosennych popołudni lub jakiś letni wieczór, także dlatego, że atmosfera miejsca jest wyjątkowa. Ale wyjątkowa jest zresztą sama Szklarska Poręba. Albo już o tym wiecie i odwiedzacie ją mniej lub bardziej regularnie, albo jeszcze nie – a wtedy warto przyjechać, chociażby na jeden dzień.
Obsługiwane przez usługę Blogger.