Featured

12/recent

Najnowocześniejszy dom zdrojowy na Śląsku | Bad Altheide

22.2.18
Na początku XX wieku właścicielem kurortu Altheide Bad zostałą spółka lekarska z Breslau, na czele której stał znany wrocławski browarnik i restaurator Georg Haase. Już po dwóch latach zarządzania zdrojem wybudowano nowoczesny Neue Kurhaus ze 130 luksusowo wyposażonymi pokojami.

Neue Kurhaus (Nowy Dom Zdrojowy) uznany został od razu po wybudowaniu w 1906 roku za najnowocześniejszy obiekt tego typu na Dolnym Śląsku. Tempo budowy musi zadziwić każdego, kto dziś go ogląda, bo na ukończenie budynku (niewiele skromniejszych rozmiarów niż w obecnym kształcie) potrzebowano zaledwie roku. Wyposażony został nie tylko w pokoje dla kuracjuszy, ale także w salę bankietową, czytelnię, pokój muzyczny, salony gier, palarnię i restaurację. Ulokowano w nim też apartamenty z salonem i sypialnią, które możecie zobaczyć poniżej na dwóch zdjęciach pochodzących sprzed wybuchu I wojny światowej.



W czasie Wielkiej Wojny Neue Kurhaus przekształcono w szpital, jednak nie pociągnęło to za sobą żadnych rewolucyjnych zmian – przebudowy, dobudowy czy zburzenia. Trafiali doń w tym czasie głównie wojenni rekonwalescenci. To prawdopodobnie ich możemy zobaczyć na poniższym zdjęciu na tle sklepików uzdrowiskowych w hali spacerowej.


Po 1918 roku Neue Kurhaus wrócił do roli luksusowego hotelu zdrojowego. Nie była to już wprawdzie belle epoque z jej luksusami, jednak nadal po przekroczeniu głównego wejścia trafiało się do świata piękna i bogactwa, na progu którego znajdował się urządzony zgodnie z ówczesną modą westybul. Na zdjęciach wygląd holu głównego w latach 20. oraz po zmianie dekoracji w latach 30. XX wieku.



W 1929 roku dobudowo trzykondygnacyjne skrzydło, w którym został umieszczony zakład przyrodoleczniczy. Znalazło się w nim miejsce na 50 kabin do kąpieli leczniczych, pracownię elektrokardiograficzną oraz inhalatorium dla leczenia górnych dróg oddechowych. Zdjęcie poniżej wykonano niedługo po jego otwarciu. Zebrali się tu wszyscy pracownicy nowego Zakładu.


Pod koniec lat 30. w Bad Altheide zaczęły dominować mundury. Nie zawsze, o czym świadczy poniższe zdjęcie, były to mundury nazistowskie. Tu można zobaczyć grupę attache wojskowych, który zostali zaproszeni na obejrzenie manewrów wojskowych 8. Górnośląsko-Sudeckiej Dywizji Piechoty na niemieckim poligonie w okolicach Neisse na jesieni 1935 roku. Jeśli się uważnie przyjrzycie, to znajdziecie również polskiego oficera w randze podpułkownika.


Neue Kurhaus na szczęście nie ucierpiał także podczas II wojny światowej. Służy do dziś kolejnym pokoleniom kuracjuszy jako sanatorium Wielka Pieniawa w polskiej Polanicy-Zdroju.

Autorzy zdjęć nieznani. Źródła reprodukcji: www.dolny-slask.org.pl i fotopolska.eu.
Wymienione miejscowości: Altheide Bad = Polanica-Zdrój, Breslau = Wrocław, Neisse = Nysa.



Opowieść o uzdrowisku Polanica-Zdrój możecie przeczytać w nr 4/2015 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk, natomiast pełną historię Domu Zdrojowego Wielka Pieniawa w nr 1/2016 kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. Jeśli macie swoje wspomnienia z pobytu w tym sanatorium lub inne ciekawe informacje napiszcie do nas: smaki@przystanekd.pl

Przedwiośnie w Wałbrzychu | Zielona Sofa

15.2.18
Choć za oknem jeszcze zima, mroźne powietrze nie zachęca do długich spacerów, a dni są ciągle za krótkie, jednak nieśmiało przebijające się przez szare chmury słońce prowadzi nasze myśli ku wiośnie i zazielenionym skwerom.

Nic więc dziwnego, że i w menu odwiedzanych lokali tej wiosny, lekkości i żywych kolorów zaczynamy szukać, znajdując je w miejscach czasami nieoczekiwanych.

Z czym kojarzycie Wałbrzych? Z szarością? Dymem? Pyłem? Jeśli tak, to znak, że dawno nie byliście w Wałbrzychu. Po pierwsze bowiem miasto się zmienia. Piękny, odnowiony Rynek i jego najbliższe okolice to, mamy nadzieję, dopiero początek zmian, rewitalizacji tego ciekawego i ładnie położonego miasta. A za odnowionymi fasadami znaleźć można nieraz prawdziwe cuda.




My znaleźliśmy... przedwiośnie! Taką niespodziankę przygotowała dla swoich gości Zielona Sofa – przytulny, śliczny i uroczy lokal znajdujący się przy ul. Moniuszki. W wystroju uwagę zwracają oczywiście Zielone Sofy, lecz i poza nimi mnóstwo jest przeróżnych ciekawych gadżetów i wnętrzarskich ciekawostek, które łączy motyw kota i filmu.

Zasiadłszy przy jednym ze stolików, z uwagą przyjrzeliśmy się karcie, w której jest mnóstwo pyszności – na słodko i słono, na śniadanie i obiad, na lunch i podwieczorek. Wśród nich te zwiastujące koniec zimy, czyli właśnie „przedwiośnie” w karcie: Leśny Mech, czyli mające już spore grono miłośników ciasto ze szpinakiem, Herbata Tajemniczy Bez z świetnie oczyszczającym po zimie organizm syropem z kwiatów bzu czy Koktail Bananowo-Pistacjowy – idealne, „przedwiosenne” połączenie smaków i kolorów.

My jednak – jako że pogoda była jeszcze iście zimowa, a nasze żołądki domagały się obiadu – zdecydowaliśmy się na zapiekanki oraz ciepłe napoje. Zapiekanki wybraliśmy małe, jedna z nich była z łososiem i cukinią (Zielono Mi), druga – z kurczakiem i kabanosem (Los Kabanos), bazę do każdej stanowił makaron z pesto. Smak – obłędny! Pyszne, smakowo świetnie skomponowane (zwłaszcza łosoś z mozzarellą i cukinią) i bardzo sycące.

Jako że przygotowywane na bieżąco, wymagały nieco czasu, toteż w oczekiwaniu na nie postanowiliśmy rozgrzać żołądki ciepłymi napojami. Jednym z nich był Pikantny Miętus - miętowa herbata z imbirem (pokrojonym w paski, czyli tak, jak ma być, a nie w plasterki, jak zwykle jest podawany) i cytryną (i chyba odrobiną miodu, bo w smaku słodka, choć nieprzesadnie), podana w wielkiej szklance; drugim – przyjemnie drażniące podniebienie pyszne grzane piwo z gruszką, żurawiną i cynamonem.




Lokal nie prezentuje jednego, określonego stylu, nie znajdziemy tutaj też specyficznej dla konkretnej kuchni nuty. Jest trochę wszystkiego: Włoch, Francji czy Norwegii. Wszystko jednak ze sobą idealnie współgra, bo poszczególne, tak różne elementy, łączy pasja: do podróży, jedzenia i dobrego smaku. Bardzo gorąco polecamy, nie tylko w oczekiwaniu na wiosnę!

PS. Warto powiedzieć, że od razu na powitanie dostaje się (całkowicie gratis) wodę w karafce. Niby niewiele, a jednak mało lokali o tym myśli. Druga niespodzianka czeka na tych, którzy pokażą bilet Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu.



Zielona Sofa Cafe
Wałbrzych: ul. Moniuszki 9 (boczna od rynku)
codziennie od 11 do 22, w soboty do 24
około 30-40 miejsc, wystrój przytulny, atmosfera swobodna, strój nieformalny
kawa, herbata od 6 zł, napoje zimne od 4 zł, piwo od 7 zł (grzane 9 zł), wino od 10 zł
przekąski od 8 zł, dania na lunch od 13 zł, desery od 8 zł

Tłusty Czwartek | A jeśli nie pączek to co?

8.2.18
Tradycja jedzenia pączków w Tłusty Czwartek sięga wielu wieków wstecz i choć nie zawsze były na słodko, znane są już właściwie od starożytności. Jednak nie zawsze akurat w ten dzień na pączki mamy ochotę. Alternatywą zwykle są faworki, ale przecież nie każdy lubi zajadać się tłustym chrustem. 

Co zatem zjeść w Tłusty Czwartek? Może po prostu koniec karnawału uczcić jakimś niecodziennym słodyczem? Stąd zatem tytuł naszego dzisiejszego wpisu – jeśli nie pączek, to co? To oczywiście nieco przewrotne pytanie, bo jak to w Tłusty Czwartek można nie mówić o pączkach? Pisaliśmy jednak o pączkach rok temu, pisaliśmy dwa lata temu... dzisiaj więc coś dla tych, którzy lubią słodycze, ale z jakiegoś powodu cierpią w Tłusty Czwartek na (niewytłumaczalną?) awersję do pączków.

Oto 5 pysznych deserów, jakich mieliśmy okazję spróbować w ubiegłym roku i nie były pączkami, a według nas równie dobrze nadają się do świętowania ostatnich dni karnawału.


Tort bezowy w Polanicy-Zdroju

Nasza pierwsza propozycja to Pavlova, czyli chyba jeden z najpopularniejszych deserów. Legenda mówi, że po raz pierwszy wykonano go w latach 20. australijskim hotelu "Esplanade" w Perth dla rosyjskiej primabaleriny Anny Pawłowej, gdy artystka poprosiła szefa kuchni o coś lekkiego i słodkiego.

Pavlova to tort bezowy z kremem lub bitą śmietaną i owocami, wśród których zwykle pojawiają się maliny, truskawki, kawałki brzoskwini i kiwi. Najlepszy tort bezowy tego typu zjedliśmy w Bohemie, do której zajrzeliśmy w przerwie odwiedzin kuchni uzdrowiskowej. Może i nie jest najzdrowszy, ale lekki, smaczny (i ma owoce)!


Napoleonka aka kremówka w Trzebnicy

Napoleonka to tradycyjne polskie ciasto złożone z dwóch warstw ciasta francuskiego przełożonego bitą śmietaną, kremem lub budyniem. Jest ono bardzo podobne do innego francuskiego ciasta określanego jako neapolitańskie (pochodzące z Neapolu) i przekręcenie francuskiego napolitain zapewne stworzyło napoleonkę.

Niektórzy jednak mówią, że nazwa ciastka pochodzi od warszawskiej cukierni Feliksa Gołaszewskiego, która w okresie międzywojennym znajdowała się w stolicy przy placu Napoleona. 

Najsmaczniejszą napoleonkę w zeszły roku zjedliśmy w piekarni położonej przy głównym trzebnickim deptaku ulicy Daszyńskiego. Piekarnia Familijna zachwyciła nas wielością oferowanych ciast, ciastek i pieczywa, a zamówione przez nas ciastko było naprawdę wyśmienite. Zupełnie niedietetyczne ciastko francuskie, krem i cukier puder chyba idealnie pasują do ostatnich dni szaleństw przed Wielkim Postem?

Warto jeszcze wspomnieć że dużo młodszym określeniem napoleonki jest kremówka. Tak te ciastka, z wadowickiej cukierni przybyłego w 1936 roku z Wiednia Karola Hagenhubera, nazywał Karol Wojtyła, papież Jan Paweł II.


Ciasto marchewkowe w Dusznikach-Zdroju

Aby jednak nie samymi tłustymi potrawami świętować, mamy dla Was również propozycję inną, zdrową, swego rodzaju "zdrowy standard" wśród ciast, czyli ciasto marchewkowe. Marchewka do wypieków używana już była podobno nawet w średniowieczu, za granicą popularność zyskało podczas i bezpośrednio po II wojnie światowej w efekcie racjonowania cukru.

U nas pojawiło się stosunkowo niedawno, chociaż sama marchewka w wypiekach ma nieco dłuższą tradycję, np. na Lubelszczyźnie tradycyjnie wypieka się roladę zwaną marchwiakiem. Jako zdrowy i niskobudżetowy deser ciasto marchewkowe z kremową glazurą znalazło się na piątym miejscu w rankingu – przygotowanym przez amerykańską organizację Food Network najpopularniejszych dań lat siedemdziesiątych.

Dzisiaj jesteśmy już całkowicie przyzwyczajeni do machewkowych deserów i jeśli na koniec karnawału nie chcemy szaleć za bardzo, może właśnie ciasto marchewkowe będzie dobrą alternatywą? Ten nasz pochodził z dusznickiej Dzień Dobry Cafe.


Vegański sernik kokosowy we Wrocławiu

Taką też alternatywą może być np. wegański sernik kokosowy lub ciasto przygotowane na bazie... kaszy jaglanej, które to smakołyki mieliśmy okazję spróbować w oczekiwaniu na opóźniony pociąg we Wroclavii (centrum handlowym przy wrocławskim dworcu głównym). Znajdziecie tam m.in. Frankie's - koncept pochodzący ze Skandynawii, który skupia się przede wszystkim na zdrowym stylu życia.

Wprawdzie specjalnością lokalu są głównie soki oraz koktajle owocowe, ale gwarantujemy, że napijecie się tam również pysznej kawy i zjecie zdrowe i naprawdę pyszne ciasta. Lekkie, delikatne, a przy tym naprawdę słodkie, idealne np. Do mocnego espresso. Może takie właśnie ciasto zjecie w ramach uczty przed okresem Wielkiego Postu?


Ciastko Bolka w Świdnicy 

Na zakończenie – na miejscu bądź na wynos – proponujemy sięgnąć także po Gryz Bolka z Rynek 43 w Świdnicy. Jest to świdnickie piwne ciastko przygotowane na bazie składników używanych w tutejszej kuchni w średniowieczu. Jego nazwa związana jest z czternastowiecznym oblężeniem Świdnicy, kiedy to miała miejsce walka o dominację nad Śląskiem pomiędzy Kazimierzem Wielkim a Janem Luksemburskim. Władający wówczas świdnickim księstwem książę Bolko II Mały nie chciał oddać Świdnicy Czechom, zgodził się jednak na pokojowe rokowania i – niejako demonstracyjnie w odpowiedzi na głód w czeskim obozie – podczas tychże poczęstował przeciwnika, króla Jana Luksemburskiego, ciastkami, które jednak nadgryźć musiał wcześniej sam, by odeprzeć podejrzenia o zatruciu jedzenia. I stąd Gryz Bolka właśnie. Ciastko piwne, więc nieprzesadnie słodkie, lekko wytrawne, korzenne i bardzo smaczne. A że w ostatnich dniach karnawału piwa spożywamy też nieco więcej, będzie jak znalazł!

Czy można pogodzić tradycję z nowoczesnością?

1.2.18
Kuchnia dolnośląska do dietetycznych nie należy. I to zarówno, jeśli będziemy ją rozpatrywać w historycznym aspekcie, czyli w wersji głównie niemieckiej, w której pełno jest pieczonych kiełbas, zasmażanej kapusty i przeróżnych mięs w zawiesistych sosach, a przede wszystkim – piwa, jak i wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę jej współczesne oblicze, zdominowane chyba raczej wschodnimi wpływami - pierogami, plackami i sernikami.  

Schronisko PTTK Strzecha Akademicka​ (niem. Hampelbaude) to prawdopodobnie najstarsze schronisko w Sudetach. Na pocztówce sprzed 100 lat widok wnętrza niedługo po przebudowie na hotel górski i powstaniu restauracji na 120 miejsc. Jak na owe czasy miejsce to było niezwykle nowocześnie urządzone; miało elektryczne oświetlenie, centralne ogrzewanie, pokoje z bieżącą wodą oraz łazienki / autor pocztówki nieznany

Nic więc dziwnego, że przez trzy lata działalności związanej z wyszukiwaniem, próbowaniem i opisywaniem dolnośląskich smaków, przybyło nam kilka kilogramów. I choć nie sposób nas posądzać o hołdowanie modzie na jedyne słuszne zdrowe jedzenie, uznaliśmy, że czas jednak przyjrzeć się temu, co zjadamy, zastanowić nad składem naszych posiłków i ich wpływem na nasze zdrowie. Oczywiście nie znaczy to, że zaprzestaniemy naszych poszukiwań! 

Nadal bowiem będziemy odwiedzać dolnośląskie miasta i miasteczka i odkrywać najlepsze smaki regionu. Jednakże postaramy się przy okazji tych odwiedzin nie tylko odkryć specjalność danego miejsca, ale także wybrać z menu te potrawy, które poza tym, że smakują, wpłyną także korzystnie na nasze zdrowie lub chociaż – będą mniej kaloryczne niż reszta dań.

Na szczęście wiemy już, że zdrowe nie znaczy szare (bo gotowane), mdłe (bo nieprzyprawione) i niedobre (bo gotowane i bez przypraw), m.in. dzięki wizytom w uzdrowiskach i poznaniu sekretów nowej kuchni uzdrowiskowej. Doceniając dobre jedzenie i przyjemność, jaką daje, poszukamy go w kartach restauracji, gastropubów i kawiarni.   

fot. Wojciech Głodek
Dbanie o zdrowie to nie tylko dobre jedzenie, to także koniecznie odrobina ruchu. Najnowsze badania mówią, że osoby z nadwagą, które są aktywne i uprawiają sport, będą żyć zdrowiej niż osoby o prawidłowej wadze, ale ograniczające swoją aktywność do przejścia z domu do pracy i z powrotem.

Rewolucja w tradycyjnej piramidzie żywieniowej sprawiła, że u jej podstawy znalazły się teraz wszelkie formy aktywności fizycznej. Zdając sobie sprawę, że nie wszystkim niezdrowym smakołykom damy radę się oprzeć, już dzisiaj deklarujemy, że przynajmniej raz w miesiącu zabierzemy Was na pieszą wycieczkę. Oczywiście na każdej takiej wycieczce możecie liczyć na smaczne przystanki. W końcu najzdrowiej jest jeść mało, ale często! 

Jak pokazało dotychczasowe funkcjonowanie naszego profilu na facebooku (a przy okazji zapraszamy, jeśli jeszcze nie lubicie, to polubcie, zanim przejdziecie dalej – facebook.com/smakidolnegoslaska – lub zaproście znajomych) - wielu z Was wykazuje szczególne zainteresowanie historią dolnośląskiej kuchni i gastronomii. Z tego też powodu raz w miesiącu zabierzemy Was na wyprawę w przeszłość, zaprosimy na historyczny felieton lub pokażemy, jak któryś ze współczesnych hoteli czy któraś z restauracji wyglądały 25, 50 czy 100 lat temu.

Tutaj jednak nie obędziemy się bez Waszej pomocy. Szczególnie w przypadku tej najnowszej historii bardzo liczymy na Wasze prywatne archiwa. Jeśli macie jakieś ciekawe zdjęcia, podzielcie się: smaki@przystanekd.pl. Dziś, na dobry początek tej nowej serii, prezentujemy zdjęcie z archiwum pana Krzysztofa Kobieli, na którym może zobaczyć nieistniejący już bufet przy 2. sekcji starego wyciągu na Szrenicę w Szklarskiej Porębie. Zdjęcie z zimy roku 1994.

Nieistniejący bufet przy 2. sekcji starego wyciągu na Szrenicę w Szklarskiej Porębie / fot. Krzysztof Kobiela, 1994

Nadal też będziemy publikowali recenzje odwiedzanych przez nas lokali. Lista tych, w których już gościliśmy, jak i tych, które jeszcze na nas czekają, jest bardzo długa (nadal też możecie nas zapraszać do siebie lub proponować ciekawe miejsca: smaki@przystanekd.pl!). Wraz z nową odsłoną naszego bloga, zaproponujemy jednak nową formułę: będziemy prezentować po kilka podobnych miejsc w jednym wpisie, by móc pokazać Wam jeszcze więcej ciekawych miejsc.

Raz w miesiącu możecie więc liczyć na mały pakiet recenzji, chyba że miejsce, które odwiedzimy będzie miało tak bogate i różnorodne menu, że będziemy chcieli poświęcić mu odrębny wpis. Pamiętajcie również, by cały czas zaglądać na „młodszego braciszka” naszego bloga, czyli smaczki.przystanekd.pl, gdzie prezentujemy drobne polecenia, ciekawostki i wrażenia od razu po odwiedzeniu lokalu. Krótko, smacznie, obrazowo i bez wielu zdań.

Jednak recenzje to nie wszystko, dlatego opublikujemy też raz w miesiącu nasz (subiektywny) ranking na wybrany temat. Zaprosimy Was wtedy np. na 13 najlepszych serników na wiosnę albo zaproponujemy 7 najciekawszych składników na pizzy, zaprosimy Was do 10 miejsc, w których zjeść można smacznie i bardzo zdrowo lub napiszemy o 5 lokalach, w których znajdziecie najciekawsze koktajle owocowe.

Pomysłów jest wiele, wciąż rodzą się kolejne, a z każdym wyjazdem przekonujemy się, że nadal coś potrafi nas zaskoczyć. Jeśli i Wam chodzi po głowie coś, co powinno znaleźć swoje miejsce w którymś wpisie, podzielcie się z nami, zasugerujcie, polećcie.


P.S. A w każdy piąty (a nie w każdym miesiącu jest!) czwartek zaś będziemy mieli dla Was coś Xtra.
Obsługiwane przez usługę Blogger.