Featured

12/recent

Górskie schronisko w centrum miasta | Wałbrzych

25.10.18
O tym, że Wałbrzych jest miastem interesującym i wartym odwiedzenia już pisaliśmy. Wiele z jego atrakcji już Wam przybliżyliśmy, dzisiaj jednak słów kilka chcemy poświęcić takiej, o której jeszcze na naszym blogu nie było.

Czy wiecie, że w tym mieście znajduje się… schronisko turystyczne? Tak, w środku 100-tysięcznego miasta znajduje się górskie schronisko.




To, że nie pisaliśmy, nie oznacza, że nigdy nas tam nie było. Harcówkę udało nam się odwiedzić jeszcze przed remontem, jak i zupełnie niedawno, tuż po jego zakończeniu. Położony w obecnym Parku im. Jana III Sobieskiego Dom Wycieczkowy PTTK Harcówka powstał między 1908 a 1911 rokiem i mógł pochwalić się restauracją z pokojami gościnnymi. Oczywiście funkcja noclegowa była na drugim planie, obiekt służył przede wszystkim obsłudze turystów urządzających sobie tu spacery. Nosił wówczas nazwę Schillerbaude.

Skąd taka nazwa? W 1905 roku w całych Prusach obchodzono stulecie urodzin Fryderyka Schillera. Z tej okazji w parku miejskim w Wałbrzychu, założonym kilka lat wcześniej na Parkowej Górze (422 m n.p.m.), odsłonięto kamień pamiątkowy poświęcony Schillerowi, a samo miejsce nazwano Schillerhohe, czyli Wzgórzem Schillera.




Po II wojnie światowej schronisko trafiło w ręce Związku Harcerstwa Polskiego, czemu zawdzięcza swoją obecną nazwę. Mimo, że na konferencji turystycznej, która odbyła się 4 sierpnia 1947 roku ustalono, że wszystkie schroniska na ziemi wałbrzyskiej przejmie Dolnośląska Spółdzielnia Turystyczna, jeszcze w tym samym roku dawne Schillerbaude trafiło w ręce ZHP, w których pozostało kolejne 10 lat. Już wtedy schronisko służyło nie tylko noclegom, ale także miejscu spotkań wałbrzyszan wybierających się na spacer po parku.

W 1957 roku Harcówka dostała się najpierw pod zarząd Zakładu Eksploatacji Obiektów Turystycznych PTTK w Szczawnie-Zdroju, aby potem trafić do oddziału PTTK w Wałbrzychu, a ostatecznie po reorganizacji w latach 90. do spółki Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK z Jeleniej Góry. W ostatnich latach jego stan techniczny pogarszał się coraz bardziej, przez co warunki pobytu były również niezbyt dobre. Na tyle, że w roku 2017 doczekało się niechlubnego tytułu najgorszego schroniska turystycznego w rankingu magazynu „N.p.m.” Cały czas jednak działało, a w jego ofercie znajdowały się m.in. przepyszne pierogi, na które zawsze warto było tutaj zajrzeć.

Ostatnio odwiedziliśmy obiekt już po remoncie. W odnowionym, rozjaśnionym wnętrzu schroniskowej restauracji usiedliśmy przy oknach pozbawionych już firanek, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać przepiękną panoramę Wałbrzycha. A przy okazji zjeść całkiem smaczny i niedrogi obiad.




Zamówiliśmy pierogi ze szpinakiem oraz placek po węgiersku. Uprzedzono nas, że czas oczekiwania może być nieco dłuższy, ponieważ placki będą przygotowywane na bieżąco, co jednak nas w ogóle nie zniechęciło. Pierogi okazały się bardzo dobre. Miękkie i delikatne ciasto znakomicie komponowało się z wyrazistym farszem.

Placek po węgiersku zaś był delikatny i chrupiący, gulasz bardzo smaczny, bez „proszkowego” posmaku sosu z torebki, a surówki świeże i bardzo smaczne. Po obiedzie, nie chcąc opuszczać jeszcze gościnnych progów „Harcówki”, skusiliśmy się na herbatę z cytryną, czyli chyba najbardziej „schroniskowy” napój, jaki można sobie wyobrazić. Z parującymi szklankami usiedliśmy na zewnątrz, przy jednym z wielu ustawionych na tarasie stolików, nadal spoglądając na czerwieniące się w jesiennym słońcu dachy Wałbrzycha.

Zajrzyjcie do odremontowanej „Harcówki”, bo niewiele jest miejsc z tak dobrym jedzeniem i tak pięknym widokiem.




PTTK Harcówka
Wałbrzych: Park Jana III Sobieskiego
codziennie od 12 do 20, w weekendy od 10, w soboty do 3 w nocy
ok. 30-40 miejsc, ogródek letni ok. 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
herbata 4 zł, pierogi 7-8 zł, placek po węgiersku 16 zł, deser 7 zł, piwo czeskie 7 zł
ostatnia wizyta: październik 2018

Schadzka z pigwą | Legnica | Tarninów

18.10.18
W tak słoneczną, piękną jesień trudno o lepsze miejsce na spacer niż legnicki Tarninów. Przepiękna dzielnica budowana w drugiej połowie XIX wieku z myślą o najbogatszych mieszkańcach miasta, po II wojnie światowej została wydzieloną dzielnicą dowództwa Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. 





Poza majestatycznymi willami i przepięknymi ogrodami, ulokowano tam w latach 30. XX w. koszary. Uwagę przykuwa przede wszystkim budynek ZUS-u: od 1937 roku mieścił się tu sztab 18. Dywizji Piechoty armii niemieckiej, po II wojnie światowej został siedzibą dowództwa Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Właśnie w tym budynku w pamiętnym roku 1968 został wydany rozkaz rozpoczęcia operacji "Dunaj" - inwazji na Czechosłowację.

Dzielnica określana bywa mianem „legnickiego kwadratu”. Nazwa ta wynika z aktu, że po 1945 roku Rosjanie ogrodzili Tarninów tworząc właśnie kwadrat na miejskiej mapie. Wojska radzieckie opuściły Legnicę 13 września 1993 roku, jednak do dzisiaj można się jeszcze natknąć na betonowe i ceglane mury oddzielające niegdyś ogromny "kwadrat" (ponad 40 ha) od reszty miasta.

Spacerując szerokimi ulicami i podziwiając przepiękne budynki, dotrzemy zapewne w okolice Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. Ta mieści się również w pokoszarowych budynkach, które jednak – co nietrudno zauważyć – powstały znacznie wcześniej. Już bowiem w drugiej połowie XIX wieku ulokowano w nich pierwszych mieszkańców – członków batalionu fizylierów, który dotychczas stacjonował w Lwówku Śląskim.

Kompleks koszarowy grenadierów został przekazany powstałej w roku 1998 Wyższej Szkole Zawodowej w formie darowizny przez Skarb Państwa. Prace remontowe i rewitalizacyjne zostały przeprowadzone wzorowo, z dbałością o zachowanie zabytkowego charakteru obiektów. Teren uczelni jest otwarty – warto zajrzeć.

A już po jego opuszczeniu koniecznie przysiądźcie na chwilę w Schadzce. Ten niewielki, mieszczący się przy ul. Sejmowej 3 lokal, oferuje pyszne naleśniki w wersji zarówno na słodko, jak i na słono. 




Poza słodkimi naleśnikami są też inne słodkości (np. lody), kawa i herbata oraz cała gama zimnych napojów. Jeśli o takim właśnie pomyślicie, zamówcie bez wahania pigwoniadę. Produkowany w Grajewie na bazie owoców pigwowca napój wypróbowany został przez nas w dwóch wersjach: klasycznej i z miodem. Pierwsza przypomina lekko gazowaną, domową lemoniadę, druga natomiast jest znacznie delikatniejsza, słodko-kwaśna w smaku z wyraźnie wyczuwalnym miodem.

No ale do Schadzki przychodzi się głównie na naleśniki. Wybraliśmy wersję słoną (pikantną), czyli naleśniki z farszami na bazie warzyw, wędlin i sera. Ciasto dobre (nie mieliśmy niestety okazji spróbować tych z mąki gryczanej), farsz znacznie lepszy, dobrze doprawiony i smaczny.

Zamówiliśmy dwa włoskie, różniące się tak naprawdę jednym składnikiem. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że mimo podobieństwa składników, smak był zupełnie inny. Lokal jest niewielki, ale gustownie urządzony, obsługa miła i szybka. Ma też ogródek, z którego mogliśmy jeszcze skorzystać, mimo iż odwiedziliśmy Schadzkę w październiku. Poza nami mnóstwo gości, gwarno, wesoło i smacznie. Miejsce warte odwiedzenia!



Schadzka
Legnica: Sejmowa 3 (koło PWSZ)
codziennie od 9 do 19, w soboty od 10, w niedziele od 11
ok. 20 miejsc, ogródek letni ok. 20 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
kawa od 6 zł, herbata od 6 zł
śniadania od 10 zł, naleśniki na słono od 12 zł, pankejki na słodko od 14 zł
ostatnia wizyta: październik 2018

Być, doświadczać i przeżywać | Turystyka kulinarna

11.10.18

W Świdnicy w dniach 10-11 października br. odbywa się konferencja Kongresu turystyki Polskiej pt.: "Sieciowe produkty turystyczne". Podczas pierwszego dnia obrad, pośród wielu inspirujących i ciekawych wystąpień, dwa w sposób szczególny poświęcone zostały kwestiom kulinariów i turystyki kulinarnej. Z oczywistych względów nie mogło nas tam zabraknąć, a dzisiaj chcemy podzielić się z Wami wnioskami ze wspomnianych referatów.

W pierwszym z nich dr Iwona Batyk zaprosiła nas do smakowania życia – i na co dzień, i podczas podróży. Zachęcając do próbowania, odkrywania i poznawania, przedstawiła pokrótce znaczenie doznań kulinarnych w podróżach.

Obecnie już odchodzimy od modelu, w którym jadąc w dane miejsce coś „przy okazji” jedliśmy. Dzisiaj kulinaria są równie ważnym elementem oferty wyjazdowej jak na przykład nocleg czy atrakcje turystyczne, nierzadko także to właśnie możliwość spróbowania nowych smaków stanowi inspirację do podróży.

Ma to związek ze zmianą trendów w turystyce, zmianą zachowań prezentowanych przez turystów. Współcześnie liczy się emocjonalne podejście do turystyki – chcemy nie tylko być, ale i doświadczać, przezywać. Jesteśmy w coraz większym stopniu zorientowani na jakość, a doświadczenia, jakie towarzyszyć nam będą w podróżowaniu, mają stanowić o naszej wyjątkowości, świadczyć o prestiżu.

Emocje i doznania to dzisiaj znacznie cenniejsze pamiątki niż atrybuty materialne. Jedzenie jest jednym z tych elementów, które w znaczący sposób wpływają na nasze emocje podczas wyjazdu i po nim – chwalimy się ciekawymi daniami znajomym, opowiadamy o nich przy kawie, ale umieszczamy też zdjęcia i opinie w mediach społecznościowych.

Istotne jest zatem, by takie „podróżne smaki” znalazły swoje miejsce w regionie, w jego wizerunku; by te regionalne smaki nie były przypadkowymi odkryciami. Turysta w dany region jedzie po to, by doświadczyć tego, co dla tego regionu charakterystyczne, a zarazem w innych regionach niespotykane. Stąd duża i ciągle rosnąca popularność rekonstrukcji kulinarnych i wyrobów, których twórcy odwołują się do tradycji.

Nic więc dziwnego, że tak istotna jest dzisiaj turystyka kulinarna. Oznacza ona nie tylko poznawanie tradycji kulinarnych, ale też możliwość uczestniczenia w nich – przez smakowanie, ale także samodzielne wytwarzanie. Żywność związana z historią miejsca nie tylko dobrze smakuje w tym miejscu, często staje się też pamiątką, którą zabieramy z wakacji i przywozimy członkom rodziny, znajomym, by i oni „spróbowali” tego regionu, który odwiedziliśmy.

Obok powrotu do tradycji istotny jest także powiew nowości i oryginalność – nowe smaki i nowe kreacje kulinarne, uciekanie od stereotypów, przekraczanie pewnych granic uwarunkowanych kulturowo i łamanie zasad. Istnieje wyraźna potrzeba wyróżnienia się poprzez (dosłownie rozumianą) konsumpcję i to właśnie ona warunkuje nasze turystyczne działania.

W efekcie obecnie w ramach turystyki kulinarnej wyróżnić można cztery podstawowe wymiary, wzajemnie się przenikające i uzupełniające, stanowiące razem wyraz doznań stanowiących konsekwencję konsumpcji. Pierwszym z nich jest edukacja (np. zwiedzanie winnic), drugi to zaangażowanie (czyli możliwość uczestnictwa w procesie tworzenia jedzenia, np. ubijanie masła czy pieczenie chleba), trzeci to z kolei doświadczanie przez zmysły (i tutaj niezmiernie istotna jest estetyka podania, aranżacja stołu czy szerzej – wystrój lokalu), wreszcie wymiar ostatni to rozrywka. 

Nawiązując do wystąpienia dr Batyk Rajmund Papiernik, prezes Dolnośląskiej Organizacji Turystycznej, zaprezentował najnowszy, liczący ledwo rok, projekt DOT, czyli Szlak Kulinarny Smaki Dolnego Śląska jako odpowiedź na ten nowy – choć obecny już od jakiegoś czasu – turystyczny trend. Szlak zakłada, jak wskazują jego twórcy, nie tylko ułatwienie wędrówek kulinarnych, w które mogą wyruszać polscy i zagraniczni turyści – smakosze, ale przede wszystkim promocja dolnośląskich kulinariów: kunsztu kucharzy oraz regionalnych i lokalnych przysmaków.

W ramach projektu, poza całkiem ładnym logo, powstała m.in. strona internetowa oraz publikacja (niestety nie wiadomo, jak można ją zdobyć), a organizatorzy dają możliwość uczestnictwa w różnych szkoleniach zarówno profesjonalistom, jak i amatorom. Ciekawie została zaprezentowana kampania promocyjna Cztery Pory Roku, niestety jednak na stronie internetowej szlaku (www.smakidolnegoslaska.pl) pod odnośnikiem do niej otrzymujemy póki co jedynie komunikat, że „nie znaleziono żadnych wyników”. Mamy nadzieję, że wkrótce się to zmieni.

Obecnie na szlaku znajdują się 54 obiekty oferujące produkty wysokiej jakości nawiązujące do regionalnych tradycji. Są tutaj nie tylko restauracje, ale także sami producenci i sklepy, w których można nabyć poszczególne wyroby. Minusem jest, że za znalezienie się na szlaku właściciele obiektów muszą zapłacić składkę, która choć relatywnie niska (500 zł/rok), zapewne wykluczy wielu lokalnych producentów, sklepikarzy i restauratorów z uczestnictwa w projekcie. A szkoda.

Czy ten szlak ma szansę stać się rozpoznawalnym sieciowym produktem turystycznym Dolnego Śląska? Jak na razie nie spełnia nawet podstawowego warunku (nie mamy możliwości kupienia pakietu, w którym moglibyśmy np. w ciągu tygodnia „zaliczyć” obiady w kilku lokalach znajdujących się na szlaku), miejmy jednak nadzieję, że tak się kiedyś stanie.


Dolnośląskie ślady | Rybna Chata | Świnoujście

4.10.18
Migracje ludności są wpisane w jej historię od zawsze, nic więc dziwnego, że podróżując po kraju spotykamy dolnośląskie ślady także poza tym regionem. Ostatnio na taki – bardzo smaczny – ślad trafiliśmy w... Świnoujściu. 

W dzielnicy nadmorskiej tego niezwykle interesującego i pięknego miasta znajduje się wiele pięknych budynków o wyjątkowej architekturze. Jeden z nich to dawny Klub Garnizonowy Marynarki Wojennej, który w otoczeniu pastelowych willi przyciąga wzrok surową cegłą i wieżyczką zwieńczoną postacią Merkurego.

 Budynek ten nosił nazwę "Willa Merkur" i należał do miejscowej rodziny kupieckiej o nazwisku Ossig. Jej przedstawiciele przybyli do Świnoujścia w połowie XIX wieku właśnie z Dolnego Śląska z miejscowości Osiek.




Ossig z rodziną zamieszkał w domu, który wcześniej funkcjonował jako apteka dzierżawiona od miasta przez przybyłego z Neuruppin aptekarza nazwiskiem Louis Fontane (ojca Theodora Fontane, głośnego niemieckiego pisarza). Znajdował się na rogu obecnej ulicy Marynarzy i Placu Wolności. Ossig założył tam sklep towarów kolonialnych, jednak rozglądając się za nowymi inwestycjami i pomysłami na życie, włączył się aktywnie w plan budowy dzielnicy nadmorskiej. Zakupił w tym celu działkę na rogu późniejszych ulic Fridrichstrasse i Viktoriastrasse (obecnie Piłsudskiego i Słowackiego), planując wzniesienie na niej okazałego domu, mieszczącego w sobie część mieszkalną na wynajem dla kuracjuszy, lokatorów całorocznych oraz lokale handlowe (m.in. winiarnię i trafikę).

Budynek oddano do użytku w maju 1903 roku i od samego początku cieszył się powodzeniem; eksponowany był we wszystkich wydawanych prospektach reklamowych przez zarząd uzdrowiska. W willi mieściła się także restauracja o nazwie "Bodyga", którą prowadził Wilhelma Ecke. Właściciel domu i całej posesji Hermann Ossig z rodziną mieszkał tutaj niemal do końca kwietnia 1945 roku.

Doskonale zachowany budynek został po wojnie zagospodarowany na cele kulturalne i gastronomiczne i przekazany polskim władzom administracyjnym a następnie Marynarce Wojennej. Po kilkudziesięciu latach restauracja doczekała się nowych właścicieli, którzy zapraszają gości i kuracjuszy na swoją propozycję regionalnej nadmorskiej kuchni.

Izabela i Zbigniew Rzońca, bo o nich mowa, dążą do odtworzenia dawnej świetności budynku "Willa Merkur", promując świeżą rybę pochodzenia lokalnego. Jako pierwsi w Świnoujściu uzyskali certyfikat MY FISH, przyznawany restauracjom i obiektom, które promują regionalne i świeże produkty. Lokal może poszczycić się również certyfikatem Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Pomorza Zachodniego, który wyróżnia restauracje z tradycją regionalną.





A co można zjeść w „Rybnej Chacie”? 

Pyszne dania z ryb (i nie tylko), którymi ze smakiem zajadają się i dorośli, i dzieci. Spośród wielu propozycji zdecydowaliśmy się na gołąbki z dorszem oraz pierogi z nadzieniem również z tej ryby jako produkty reprezentujące dziedzictwo kulinarne Pomorza Zachodniego oraz przyrządzone z lokalnych ryb.

Smaczne i delikatne ciasto wypełnione dużą ilością farszu to dla każdego miłośnika niecodziennych pierogów nie lada gratka. Gołąbki zaś zaskakują – mięso dorsza w towarzystwie suszonych pomidorów i delikatnego sosu to naprawdę niecodzienne doznanie smakowe, przy tym naprawdę dobre i sycące.

W gorącym letnim powietrzu ochłodę przyniosła lemoniada na bazie czarnego bzu z rozmarynem, a apetyty przed głównym daniem zaostrzyły wyśmienite i ładnie podane sardynki. Jak na miejsce, które posiada jakieś związki z Dolnym Śląskiem przystało, potrawy podane zostały w bolesławieckiej porcelanie. Zatem drodzy mieszkańcy i miłośnicy Dolnego Śląska, jeśli zajrzycie do Świnoujścia, koniecznie odwiedźcie „Rybną Chatę”, bo naprawdę warto!

Rybna Chata
Świnoujście: ul. marsz. Józefa Piłsudskiego 45 (dawny klub garnizonowy Marynarki Wojennej)
codziennie od 11 do 22
około 20-30 miejsc, ogródek letni około 20-30 miejsc
atmosfera swobodna, strój nieformalny
średnia cena dania głównego około 30 zł
ostatnia wizyta: wrzesień 2018




Obsługiwane przez usługę Blogger.